Znaleziono 13 wyników

autor: Skowyt Wierchów
29 lis 2025, 14:51
Forum: Retrospekcje
Temat: ?!
Odpowiedzi: 46
Odsłony: 1936

?!

Żar wypalał mu nozdrza, spalenizna, czy gryzący dym? Wyraz pogardy pyska Czarciego Pomiotu. Musiała lubić to co widzi prawda? Przywódcę który gubił się w konsekwencjach które w pewien sposób sam sobie zapowiedział. Nawet gdy byli razem na misji, nie zwracała nie niego szczególnej uwagi, chyba że coś odwalił.
Szpony wbijały się w grunt Gór Yraio, a może jednocześnie był na metalicznej powłoce? A może oba na raz, a może żadne z nich.
Cokolwiek się nad nim pochylało, czy rzeczywiście była to Czarci Pomiot, czy jakiś przebrzydły elf, czy może sama śmierć przyszła zaśmiać mu się w pysk. Dwóch bogów śmierci mieli wolni czyż nie? Ateral i Tarram.
Śmierć którą się akceptowało i śmierć z którą się walczyło.
Jajo było celem, jajo wołało o pomoc, w jaki sposób? Ciężko stwierdzić, ale Skaza wiedział że wołało, że potrzebowało a jeżeli było coś od czego nie uciekał to było niesienie pomocy tym którzy o nią proszą.
Nieważne z którą śmiercią miał do czynienia, zamierzał z nią walczyć, chroniąc jajo, chroniąc niewinne życie.
Zerwał się choć świat zgiął i zagiął się dookoła niego, gdy nie miał sił. Szydziła z niego sama rzeczywistość.
Szarpnął się ponownie, przebierał łapami, przez muł przez błoto i smołę której nie widział. Wysiłek odbierał dech, zabierał powietrze z płuc. Jeszcze trochę jeszcze tylko trochę.
Powinien polecieć? Czy on miał w ogóle skrzydła?
Krok za krokiem, sus za susem.
Zatrzymał się.
Jak skończył w tej sytuacji?
Musiał się skupić, korytarz był prosty, ale był tak daleki, może istniała inna droga.
Skup się, skup się, skup się.
Chciał spojrzeć na łapy, w czym on się tak taplał. Co mu przeszkadzało, nawet jeżeli wizje mogły nakładać się na siebie w wielu wymiarach, potrzebował wiedzieć, by wiedzieć jak się wydostać, jak móc ochronić jajo, jak dopaść złodzieja.
Może była inna droga, może był zakręt który musiał pokonać.
Skup się, skup się, nawet jeśli jego umysł sam go niszczył, skup się w jednym miejscu jedna rzecz, jedna wersja rzeczywistości, jak wydostać się dalej. Jak wydostać się z mułu, czy cokolwiek go trzymało.
Jak dostać się i uratować jajo.
Daj się uratować skoro prosisz o pomoc!
autor: Skowyt Wierchów
22 lis 2025, 20:34
Forum: Retrospekcje
Temat: ?!
Odpowiedzi: 46
Odsłony: 1936

?!

Być może nikt go nie słyszał, być może nikt nie chciał go słyszeć. Może po prostu nie robił tego poprawnie? A może został wysłuchany, tylko w pierwszej części, i ktokolwiek tam był pomógł jego smokom, ale nie jemu? Jeśli tak, to dobrze, lepiej nawet. On czy on nie zasłużył na takie traktowanie? Zasłużył, prawda?
Widział pysk babci nakładający się na elfią twarz, Ongvar na pewno był nim zawiedziony, Hilsith też. Czekał tylko, by coś go pożarło. Nawet jego matka wróciła by tylko pokazać mu, jak bardzo go nienawidzi.

Oh czyż to nie zabawne? Jedna z jej postaci mieszała się z drugą.
Oh czyż to nie zabawne? Przecież ona poszła do bogów prosić o zmianę postaci.
Oh czyż to nie zabawne? Że za podobne działanie, choć w innym celu on był karcony? Karany? Pogardzany?

Czy powinien się śmiać? Czy może płakać? Stres przepływał przez jego cały organizm. Wszystko było kakofonią okropnych obrazów. Raniły go smoki. Raniły go elfy. Raniło go wszystko, a czuł jak gorąca lepka krew, trzyma się jego łusek, czy może futra?
Wlewała się do jego pyska, zaklejała, dusiła. Topił się we własnej krwi i obrażeniach. Może była gorąca? Może parzyła i topiła jego łuski, by stawały się jednym z futrem? Może wypaliła już skrzydła? Nie czuł już ich ciężaru na grzbiecie. A przecież tak kochał niebo, tak kochał latać. A może nie znosił wysokości i wolał kryć się wśród lasu? Może nigdy nie miał skrzydeł.

Ruch nie przyniósł jasności umysłu, nie sprawił, że splątany umysł podążał wzrokiem i łbem.

Jajo, błękitne pulsujące jajo. Jego serce? Serca? Ciągnęło ku jaju. Absurd nie był czymś, co bardzo odstawało od kakofonii dezorientacji i stresu, jakiego doświadczał jeden umysł i drugi. Choć może to właśnie to sprawiło, że wnioski były zaskakujące?

Czy było prawdziwe? Ciężko było stwierdzić. Było to jednak jajo, takie, na które patrząc, widział fragment siebie. Jajo oznaczało młode, koncept, z którym nawet przeplatany umysł biesa był zaznajomiony. Młode, młode, które trzeba chronić. Młode, które chciał chronić, przed elfami.

Chciał sięgnąć w jego stronę, nawet jeżeli nie mógł wiele zrobić w tym stanie. Sięgnąć i chronić, na tym skupiał cały umysł. Była to reakcja bardziej instynktowna, w której nie potrzebował myśleć, gdy wrzask przybył kolejny elf, a on ponownie został wciągnięty w kakofonie przerażenia. Wszystko krzyczało, wszystko było przerażające, zapach krwi unosił się, a wizja mieszała się sama ze sobą, z obrazem tego co się dzieje, a tego co jego umysł stwierdził, czeka go po powrocie.

Próbował jednak ruszyć w tamtą stronę. By chronić jajo, by chronić.

Skaza zawsze miał potrzebę ochrony innych. Może był to efekt bycia starszym bratem? Chciał być największym wojownikiem, a wojownik chroni tych, którzy są za nim, zawsze. Tak jak on teraz chciał chronić to jajo.
autor: Skowyt Wierchów
16 lis 2025, 2:44
Forum: Retrospekcje
Temat: ?!
Odpowiedzi: 46
Odsłony: 1936

?!

Zadrżał gdy wszystko zaczęło się wokół niego rozpadać, rozmywać. Czy on był pod wodą? To nie miało sensu przed chwilą był w klatce, albo poza nią? Był uwięziony, a może się topił? Zwierzęta były smokami a może to elfy? Kolory mieszały się dookoła niego w katastroficznej kakofonii.
Czy on spadł? Ale przecież przed chwilą stał na ziemi. Gdzie była góra? Gdzie był dół? To był dobry moment, by pożałować, że nie miał żadnego luźnego elementu pokroju uszy czy prawdziwego futra, czy grzywy w swojej rzeczywistej postaci.
Jego ciało stało się inne, miał wrażenie, że się rozpuszczał w kałuże czarnej smoły, niczym śnieg gdy nadchodzi cieplejsze słońce. Gdzie był jego ogon, czemu miał nos na łapach. Gdzie były jego oczy, może wszędzie, może nigdzie. Ile dni już tu byli, że jasność mieszała się z ciemnością? Jak wiele, czemu tego nie czuł, a może słońce po prostu przyspieszyło, ale przecież byli w jaskini, nie powinien widzieć słońca, a może jednak dusił się pod wodą i jeszcze tego nie rozumiał? A może już wcale nie był i to były odczucia kogoś innego?
Czerń ogarnęła wizję Skazy.

Nie mógł się ruszyć, tylko ślepia poruszały się chaotycznie.
Elfy, chciał ugryźć, złapać, zmusić do wypuszczenia, spalić, spalić, ale przecież nie miał jak. Zagryźć, rozszarpać.

Mrugnął.

Smoki, był smokiem, był Skazą, przywódcą, którym nie powinien być, przywódcą bez doświadczenia. Smoki, którymi się opiekował, nienawidziły go, pogardzały nim, miały zamiar go zaatakować. Dlaczego Dlaczego Dlaczego

Mrugnął.

Ostre narzędzie w łapach elfa, czy on chciał mu odciąć palce? Chciał się szarpnąć, wyrwać łapę, kopnąć, kopnąć jak najmocniej, odpędzić go od siebie.

Mrugnął.

Czuł własną krew, obrażenia zadane przez własne stado. Nienawidzili go, krzywdzili go, szarpali za łuski, wyrywali skrzydła i kolce, gryźli, drapali. Smoki, które przecież znał, którymi chciał się opiekować. Jego krew była lepka i gorąca, gdy każdy członek stada dokładał swoje odczucia do jego kary. Przecież był jednym z nich, był smokiem Mgieł, a może był więźniem kodeksu?
Stanął przed nimi gotów na boży sąd gdy prorocy wstępowali na swoje funkcje. Czemu czemu on się na to zdecydował?

Nie wiedział, kim był, może był drapieżnym uwięzionym biesem, może był smokiem, który kołował nad przestworzami, czy był więźniem? Czy członkiem stada, a może był eksperymentem obecnych tu elfów? Czy miał solidną postać, a może był zamknięty w słoiku? Nie mógł się ruszyć. Czy on dalej żył?

Krzyczał, czując jednocześnie przerażenie i ból gdy członkowie stada, któremu przewodził, znęcali się nad nim.

Przede wszystkim jednak nie bronił się, jeden smok nie da rady całemu stadu. Nieważne ile siły miał. Poza tym przysięgał ich bronić, zawsze, nieważne, w jakim wielkim bólu sam miałby być, a może to on był zagrożeniem. Chyba oczywiste było, że jego bogowie już dawno go opuścili. Być może wtedy gdy został wydziedziczony, a może wcześniej?

Wiele myśli nakładało się na siebie nawzajem. Obraz Rarisha nakładał się na elfa, gdy zbliżał się do niego z ostrym narzędziem, razem z obrazem tego prawdziwego gdy w jego wizji chciał szorować szponami po jego piersi, czy on nie był czarodziejem?

Próbował się skupić na wizji smoczego życia, nawet jeżeli jego stado go tam krzywdziło, znał widmową kotlinę, znał te smoki, coś znajomego, do czego mógł przylgnąć, znał gęstą cierpką krew, znał odczucie szponów w piersi.

Nabrał tyle jasności umysłu, ile zdołał. Stanął przeciwko bogom, których się bał, ale w tym momencie co miał do stracenia, gdy nawet nie był pewien, kim był? Nie umiał się modlić, nie tak jak powinno się to robić. Dlatego nie miał zbyt wielu nadzieji.

Proszę jeśli ktokolwiek mnie słyszy, boska istoto lub duszku na tyle życzliwy, by wysłuchać, pomóż moim smokom, pomóż mi proszę, użyczcie mi swojej siły, błagam
autor: Skowyt Wierchów
30 paź 2025, 0:00
Forum: Retrospekcje
Temat: ?!
Odpowiedzi: 46
Odsłony: 1936

?!

Przez chwilę zastanawiał się czy warkot faktycznie jest jego czy oni, on, ciało w którym był miało co innego właściwie zrobić. Nie miał innego wyjścia nie miał kontroli nad sytuacją, nawet jeżeli z natury empatycznie chciałby ochronić równie rosłego biesa samym sobą. Przez chwilę czuł delikatność tego połączenia z tym stworzeniem. Tak bliskie było to więzi kompańskiej, ale jednocześnie bardziej bliższe między dwoma stworzeniami.
Nie pomagał ból łba, jak gdyby coś w jego wnętrzu wierciło zażarcie, nie pomagały kończyny które drżały jak u zwierzyny a nie u zażartego drapieżnika.
Nie pomagał rozrywający ból z prawej kończyny. Zwrócił ślepia w tamtą stronę sprawdzając czy jego/ich łapa jest cała.
Strach wbijał szpony głęboko w jego podświadomość każąc mu kwestionować wszystko. Każdy szmer, dźwięk każde poruszenie. Miał wrażenie że ktoś do niego mówi, może bies do smoka w jego umyślę? a może słyszał własne myśli odbijające się echem w wspólnej świadomości, może diabelskie elfy?
Widział kije, strach tylko wzmagał się w poranionym ciele biesa. Potrzebował opanować siebie, a co dopiero z opanowaniem swojego towarzysza niedoli.
Przez chwilę przeszła mu przez łeb myśl że to co właśnie widział było procesem jak powstawało jajo. Każde zwierzę które tu było miało swój wkład w powstanie chimery która miała się z niego wykluć. Nie była to dobra myśl, wręcz taka koszmarna, bo to by znaczyło że los wszystkich stworzeń tu był przesądzony. Liczył się mylił, liczył że się diabelnie mylił.
Nie miał szans by złapać elfa, kiedy ten strach tak go pochłaniał.
Zamiast tego pozwolił działać dalej instynktowi, próbując go uspokoić. Cofnij się, poza ich zasięg, cofnij.
Biesie ciało miało się cofać krok w krok powoli do klatki, cały czas szczerząc kły na elfy, strosząc się o napiętych mięśniach, szorując pazurami po podłożu. Jak bardzo były zaznajomione z konceptem zwierzęcia które nie mając drogi ucieczki będzie walczyć agresywniej.
W tym czasie Skaza próbował uspokoić ich obu w jakiś sposób. Nie uderzyli go jeszcze tymi kijami nawet jeśli czuł ból. Był ranny to mógł stwierdzić.
Próbował wyobrazić sobie zamiast klatki kryjówkę, norę otoczoną krzewami, gdzie taki bies miałby bezpieczniejsze miejsce, miejsce które nie kojarzyło się z bólem i strachem jak ta grota i klatka, gdzie mógłby wylizać rany przed kolejnym atakiem.
Jeżeli jego zauważenie podobieństwa między tym a więzią z kompanem miało sens, chciał wyciągnąć ból stworzenia na siebie, na swój umysł, na swoje ciało, które przecież gdzieś się musiało znajdować prawda?
autor: Skowyt Wierchów
18 paź 2025, 2:53
Forum: Retrospekcje
Temat: ?!
Odpowiedzi: 46
Odsłony: 1936

?!

Może powinien skupić się na tym co się dzieje z nim, ale on nigdy nie miał dobrze rozwiniętego instynktu samozachowawczego czyż nie?
Ból głowy zwiększył się, nie mógł się skupić, futro było mokre, nie lubił mokrego futra, oni nie lubili mokrego futra, on oni?, czy oni nie byli tym samym? Skąd się w ogóle wzięła taka myśl?
Był smokiem, coś się stało i wylądował w ciele innego stworzenia, jakimś cudem.
Miał interesującego sąsiada to na pewno, węża na czterech łapach.
Ciało zareagowało na klekot szybciej niż jego świadomość. Łańcuch na szyi ciężar. Magiczny? Jakby inaczej się tam pojawił jeżeli wcześniej go nie zauważył.
Drzwiczki jego klatki się otworzyły, poczuł kaganiec zaciskający się na pysku, a więc był czymś co mogłoby gryźć, kąsać, jeżeli elfy się tego obawiały.
Ciało reagowało szybciej niż on myślał, prawdopodobnie kierowane czystym instynktem.
Czuł, widział jednak intencje. Chciał staranować elfa.
O jakże nienawiść do tej rasy płonęła żywo. Czy była to nienawiść i strach stworzenia podjudzane niechęcią Hissetha, czy może sam Hisseth ich w tym momencie nienawidził i napędzali siebie nawzajem.
Był ospały, jego mięsnie nie działały tak jak powinny. Bolał go łeb, czuł jak panika narasta w piersi nie pozwalając mu nabrać tchu. Nie mógł sobie nawet przypomnieć co było takiego złego, ale wiedział podświadomie że było to przerażające, krzywdzące.

Gdyby był tu w smoczej postaci byłby pierwszy do obrony tych stworzeń, choćby własną piersią, ciekawe jak pięknie płonęłyby elfy?
Jak to jest że nigdy nie spotkał dobrego elfa? Ludzie bywali źli i dobrzy, ale najwyraźniej elfy tylko złe.

Skupił się, starając się przemówić do swojego ciała, dotrzeć do niego przez te panikę, którą czuł samodzielnie. Nie był w stanie atakować aktualnie, będąc zbyt ociężałym. Próbował jednak nakierować stworzenie.

~ Cofnij się, cofnij, nie daj się zabrać, tam gdzie strach tak krzyczy, wystrasz ich zamiast tego.
Nakłaniał zwierzę by się cofnęło, zaparło całą siłą swoich mięśni, wszystkich łap które mógł zliczyć, nie szło dalej, by mieć oba elfy na widoku. Chciał się nastroszyć, zwiększyć wizualnie, wyszczerzyłby zęby gdyby nie miał kagańca. Warknąć, szorować łapami i cokolwiek tam miał na nich po ziemi, czy szpony czy cokolwiek innego.

Może gdyby miał pewność czym był, byłoby mu łatwiej. Pierwszy traf okazał się nietrafiony, ale być może próba instynktownego taranowania była właśnie tym czego potrzebował by to ogarnąć? Liczył że był biesem.


//miałam nie zgadywać, ale zgaduje że jestem Biesem
autor: Skowyt Wierchów
12 paź 2025, 2:03
Forum: Retrospekcje
Temat: ?!
Odpowiedzi: 46
Odsłony: 1936

?!

On po prostu chciał sprawdzić, co działo się z jajem, a nie był przygotowany na odczucia nie z tego świata. Ból i szpony wbijające się w niego od środka, haratające wszystko, na co miały trafić, choć może to były igły, jak gdyby rzeczywiście był jeżem i po prostu zrzucał niepotrzebne łuski, wybijając kolce od środka.
Obrazy zmieniały się tak szybko, że Skaza ledwo rejestrował, co się dzieje. Drzewo, miasto – harmonia zbyt doskonała dla własnego dobra. Zapadnięcie się pod ziemię, jak gdyby sama ziemia miała ich połknąć.
Łapy już dłużej go nie trzymały gdy padł na ziemię, błysk, który go pożegnał był nawet odrobinę pocieszający, jak świetlik w ciemności.

Obudził się i wiedział od razu, że coś jest nie tak. Dużo było nie tak, bardzo dużo wręcz. To nie były jego łuski, to nie było jego ciało, to nie był on.

Zimno targało jego ciałem od wilgotnej podłogi, kiedy ostatni raz było mu tak zimno? Był przecież dumnym smokiem górskim, który czasem nawet spał w śniegu, bo było to wygodne i było to miłe. Jak miało być tak zimno akurat jemu? Sierść poczuł później, zamiast łusek niezbyt dobra do zimnego klimatu wywnioskował.
Był niższy niż jego smocza postać, a mimo to zdawało mu się, że był nawet cięższy, zgarbiony. Miał tylko ochotę się wyciągnąć, może strzelić odrobinę kręgosłupem, ale nie miał na to miejsca. Był w klatce, zamknięty niczym okaz do podziwiania. Rai mówił mu, że jajo było efektem eksperymentów, ale nie miał pojęcia, że najwyraźniej ono samo miało w pewien sposób eksperymentować na nich.

Nie miał nawet pojęcia większego, czym on właściwie był. Wiedział, że był obserwowany, czy to było zagrożenie? Czuł jak jego ciało, spinało się na widok dwunogów, obserwujących go.
On nie miałby z tym problemu, ale zwierzę, którym był, najwyraźniej mogło mieć jak najbardziej.

Nie byli jednym i tym samym, stworzenie nie reagowało na jego wolę tak samo jak reagowałoby jego normalne ciało. Czuł się jak pasażer, bez większego wpływu na to co robił prowadzący.
Być może jednak miał jakiś wpływ, mogąc spróbować uspokoić stworzenie, z którym dzielił świadomość?
Próbował nucić mentalnie, przekazać w pewnym sensie sobie samemu, że dopóki tylko patrzą, nie stanowią aż takiego zagrożenia, że gesty nie oznaczały od razu ataku. Był optymistą, tak samo próbował zachęcić siebie samego, by spojrzał w prawo, dowiedzieć się, czy tam również znajdowała się klatka.

Czym on jednak był?
Futro, nie nie, sierść. Sierść bywała krótsza. Zimno wilgotnego kamienia mu przeszkadzało. Był niższy niż normalnie, ale to nie była wielka podpowiedź. Nie był w stanie chyba określić, jak bardzo niższy był, ale jego ciało było przygarbione, ciężkie. Dodatkowo pręty jego klatki były grube, być może właśnie o to chodziło, że był silnym stworzeniem? A może po prostu potężnym? Biesy były potężne, ale nie mógł sobie przypomnieć czy mają sierść, poza tym czy one aby nie występowały w górach, czy przeszkadzałyby im wilgotne skały? To może był czymś bardziej magicznym?


//zgaduje, że jestem Indrikiem
autor: Skowyt Wierchów
04 cze 2025, 15:07
Forum: Niemechaniczni kompani
Temat: Malaphar
Odpowiedzi: 1
Odsłony: 95

Malaphar

Imię: Malaphar
Płeć: Samiec
Gatunek: Królik flamandzki

Opis wyglądu: Na pierwszy rzut oka Malaphar wygląda jak zwyczajny biały królik. Mocne tylne łapy i krótkie przednie, puchate śnieżnobiałe futerko, krótki ogonek z tyłu, długie uszy, różowy nosek i trochę ciemniejsze ale również różowe ślepia. Jasno różowe również są poduszeczki jego łap. Dopiero na drugi rzut oka można sobie zdać sprawę jak naprawdę spora jest ta kulka futra, jasne w stosunku do swojego smoka, wygląda jak całkiem normalny królik, ale w stosunku do innych królików jest to absolutny gigant.

Charakter: Z charakteru natomiast już taką uroczą kulką Malaphar nie jest. Jest całkiem narwany do obrony swojego smoka, lub ważnych dla niego podmiotów. Nie potrafi jednak naprawdę atakować, ani tym bardziej bronić się więc często kończy się na próbie ataku i późniejszej ucieczce, gdy atak jednak się nie powiedzie. Wprost pod skrzydła swojego smoka, by ten go bronił, albo na grzbiet. Niestety Malaphar jest zbyt mały by tworzyć skuteczne zagrożenie w walce, ale jednocześnie zbyt duży i rzucający się w ślepia by polować. To ciekawskie zwierzę, czasem zbyt ciekawskie dla swojego dobra. Jednocześnie dość ciężko mu się przyzwyczaić że właściwie żyje wolno wraz ze smokiem, zamiast wśród dwunogów gdzie kto chwila był karmiony i głaskany i że teraz jego akcje mogą mieć poważniejsze konsekwencje niż tylko skarcenie.

Data zdobycia: 02.06.2025
Pochodzenie: event
Typ: 1
Inne: kompan niemechaniczny
autor: Skowyt Wierchów
27 maja 2025, 22:36
Forum: Kwiatowy stragan
Temat: Kwiatowy stragan
Odpowiedzi: 44
Odsłony: 2216

Kwiatowy stragan

Słyszał już o tym miejscu, ale jakoś nigdy mu nie było po drodze, a może wolał poczekać, aż zbierze w swoim mniemaniu wystarczającą ilość kwiatów?
Przybył bowiem z pięknym bukietem, starając się całą drogę, nawet wybierając trasę głównie na piechotę, by go nijak nie zniszczyć.
Już na miejscu rozejrzał się uważnie po straganie, kładąc kolce po sobie.
Kiwnął nisko łbem gnomom na przywitanie z uśmiechem.
Pewnie sporo smoków tu przychodziło, a on nie chciałby dodatkowo straszyć zwierząt, które tu widział. Nie był to przecież jako drapieżnik. Dość szybko powiódł wzrokiem po zwierzęcym inwentarzu. Parę ptaków, parę kopytnych, parę puchatych. Świnia na dłuższy moment przykuła jego wzrok, starał się nie patrzeć bezpośrednio, nie chciał wyglądać, jakby miał ją zjeść, jednak pomyślał o fakcie, że dość ciężko mogłoby takiej żyć w zgodzie z jego trybem życia, tak wysoko w górach, gdzie jest zimno. Już chciał przechodzić dalej gdy zauważył parę białych długich uszu i ich właściciela. Lerka go udusi, ale zakochał się w puszystym białym zwierzęciu. Nie myśląc wiele, przeszedł do zakupu.
Zaraz też przeliczył kwiaty, wyciągając delikatnie całkiem sporą ich ilość w gnomim kierunku.

– Chciałbym kupić to zwierzę... – zawahał się przez moment –... i może parę rad jak się nim najlepiej zajmować.
Następnie rozejrzał się po mniejszych rzeczach na straganie, znajdując dla siebie bardzo ciekawy flecik. Mógł nie być bardzo muzykalny, był jednak fanem interesujących rzeczy, tak samo z wystawionych już przedmiotów kupił lawendę.
Kiedy z jego początkowo sporego bukietu zostały ledwie 2 sztuki, zamrugał zaskoczony, jak szybko to zeszło, zwrócił się jednak teraz dość bezpośrednio.

– Macie może coś, w czym mógłbym przenosić wygodnie i bezpiecznie małego kompana? Koszyk, lub coś w tym stylu?
Koszyk planował kupić wcześniej głównie dla Elmo, teraz jednak wyglądało na to, że przez nieprzemyślany zakup, koszyk będzie musiał służyć zarówno królikowi jak i kotu. Jeśli oczywiście gnomy miały coś takiego.

// 2 x chaber, 2x werbena, hiacynt, szałwia, krokus, róża, kwiat marchwi za niemechanicznego kompana, białego królik flamandzkiego,
wiesiołek i mniszek za bambusowy flecik,
2x kwiat marchwi za 5x gałązka lawendy,
chaber, czarnuszka za drewniany koszyk
autor: Skowyt Wierchów
15 mar 2025, 2:42
Forum: Zdarzenia
Temat: Pole kwiatów na Skałach Pokoju
Odpowiedzi: 148
Odsłony: 6328

Pole kwiatów na Skałach Pokoju

Spodziewał się i absolutnie nie przeszkadzały mu spojrzenia, jakie zebrane smoki rzucały w ich stronę. Smolisty dym buchał mu z nozdrzy i pyska. Prychnął na jej słowa, jeżąc się jeszcze bardziej. Jego ogon szarpał ziemię za nim. Ciężko powiedzieć, że była taka możliwość, ale słysząc jej słowa, był jeszcze bardziej wściekły. Zaskakujące jest to, że to, co ona powiedziała, dużo bardziej przypominało targowisko.
- To nie targowisko, gdzie bierzesz, co chcesz, tylko dlatego, że jest taka opcja, a druga strona nie może powiedzieć nie.
Wysyczał wściekle, napinając mięśnie, w każdej chwili gotów do skoku.
Nie spodziewał się, że Amon wychyli się, przechodząc pod jego skrzydłem. Zwinął je do dużo wygodniejszej pozycji tak na wszelki wypadek. Dalej czerwone ślepia były wlepione w rajską z uwagą. Nie był ślepy, widział reakcje Amona, nerwowe spojrzenie i dygotanie. Nie mógł więc pozwolić sobie na opadnięcie czujności, gdyby znów postanowiła zaatakować.
Pozwolił mu mówić, najwyraźniej był w tym dużo lepszy niż on. Nie podobało mu się, że Amon wyglądał na tak zranionego, jak gdyby zrobił coś złego. Hisseth nie widział w całej tej sytuacji, ani trochę winy łowcy. Wściekła rajska nie potrafiła przyjąć odmowy. Kiedy Rytuał wpadł na jego łapę, wojownik rozluźnił mięśnie nieznacznie.
Oderwał spojrzenie czerwonych ślepi od przeciwniczki i przeniósł je na pysk Amona, nabierając głęboki wdech, pozwalając, by cała jego postawa złagodniała.
Czy Amon mógł go przez to uważać za jakiegoś rodzaju zagrożenie? Raczej był dość nerwowy w towarzystwie innych smoków, jak zauważył, ale czy być może go przestraszył? Nie chciał, żeby nagle patrzył na niego tym wystraszonym spojrzeniem. Jeszcze ta prośba, czy naprawdę był widziany jako krwiożercza bestia bez opamiętania? Na samo to pytanie czysty szok wdarł się na jego pysk. Może powinien zająć się tym inaczej? Zmieszanie zaczęło kłębić się w ciele Skowytu.
Smoczyca odeszła, a na jej ostatnie słowa sam wojownik gryzł się w język, żeby nie naubliżać jej za tego psa.
Kiedy Sen się przy nich pojawił, kiwnął mu łbem. Rozumiał sugestię.
W końcu częściowo się rozluźnił, a kolce na jego grzbiecie opadły łagodnie do normalnego lekko sterczącego stanu. Odwrócił łeb w kierunku łowcy, zerknął też na wianki, leżące na ziemi z ulgą stwierdzając, że nic im się nie stało. Naprawdę starał się, żeby jego głos był łagodny w tym wypadku.

- Wszystko w porządku Amon?

Rytuał Pokotu Daleka Łuska
autor: Skowyt Wierchów
24 lut 2025, 22:43
Forum: Zdarzenia
Temat: Pole kwiatów na Skałach Pokoju
Odpowiedzi: 148
Odsłony: 6328

Pole kwiatów na Skałach Pokoju

Po powieszeniu swojego wianka raczej niewiele kroczył wśród pozostałych smoków, bardziej obserwując pojawiające się gady. Nikt też za bardzo nie zajął jego uwagi.
Samo plecenia wianków traktował z pewnym przymrużeniem oka pod względem spraw sercowych. Bardziej do poznania smoków niż do szukania jednej jedynej istoty.
Podniósł wzrok, by się rozejrzeć, akurat, żeby skrzyżować spojrzenie z Amonem. Sam posłał mu delikatny krzywy uśmiech dla dodania pewności siebie. Był zadowolony, że drugi samiec też tu był. Kto wie, może nawet powinien sam skubnąć jego wianek? Przeszła mu taka myśl przez łeb. Skoro jednak obaj zawiesili wianki, zostawało czekać do dalszego przebiegu obrzędu.

Czekać też nie trzeba było długo, bo w końcu wszystkie wianki zostały powieszone i z przykrością Hisseth musiał stwierdzić, że prawie wszystkie były lepiej zrobione niż ten jego. On naprawdę wyglądał, jakby mógł się rozpaść pod własnym ciężarem. Nie był najwyraźniej tak uzdolniony jak sądził. Zaczęło się więc zbieranie kolejno wianków z drzewa. Trochę zamyślił się, przyglądając się drzewu.
On sam niewiele myślał o tematyce miłości, przychodząc tutaj. Po prostu był ciekaw. Jeśli zaś chodziło o samą tematykę, no cóż. Odkrywał ją od pewnego czasu jak pisklę mające po raz pierwszy kontakt ze światem. Można by nawet powiedzieć, że był w pewien sposób zafiksowany.
Ta tematyka była dla niego o tyle trudna, że przez ponad połowę swojego życia, żył w przekonaniu, że nie ma ojca. Nie, że on jest gdzieś i go nie obchodzi, tylko że fizycznie nie istnieje. Potem go poznał, widział, jak zachowuje się w obecności mamy. Te spojrzenia, chichoty, to wydawało się tak naturalne, że aż nierealne do pewnego stopnia. Pewna część niego sama tego pragnęła, choć sam nie rozumiał jeszcze wszystkich reakcji siebie samego. Chęć pokazania się z jak najlepszej strony, chociażby. Zaczynał się interesować innymi smokami, ale był zagubiony. Co było zainteresowaniem romantycznym? Co przyjacielskim? W którym miejscu jedno stawało się drugim? W którym miejscu były oba? Czemu to było tak skomplikowane? Nie skłamał matce, gdy powiedział, że jest wiele pięknych smoczyc i smoków w ich stadzie.
Przez rozmyślanie ominął pożarcie przez Yven pechowego wianka i późniejsze konsekwencje.
Wszystkie wianki po kolej znajdowały swoich nowych właścicieli. Skowyt był cierpliwy, choć akurat nie pokładał aż tak wielkich nadziei w kawałku splątanych roślin jeszcze splątanych jego łapą. Jego spojrzenie prześlizgało się po smokach, które pozgarniały wianki i kierowały się w parach lub większych grupach na rozmowy na osobności. Chyba nawet jego kuzyn gdzieś mu tu mignął. W dodatku jego kuzyn mający całkiem ciekawe towarzystwo.

Tak się też złożyło, że czerwone ślepia odnalazły Amona z jakąś pierzastą wywerną. Chyba nawet zgarnęła jego wianek, liczył, że będą mieli ciekawą rozmowę. Nie widział dokładnie mowy ciała, zauważył jednak pochylenie się Amona nad smoczycą i spojrzenie rzucone w jego stronę. Czyżby się gapił? Natychmiastowo odwrócił wzrok. Lubił Amona i nie chciałby mu zepsuć zalążka na całkiem ciekawą znajomość.
Dlatego gdy chwilę później Amon pojawił się przy nim z dwoma wiankami, był zaskoczony, to mało powiedziane. Jeden z tych wianków był jego samego. Skowyt przyglądał się chwilę, próbując zapanować nad szokiem, nim nie uśmiechnął się ciepło, słysząc pytanie. Chciał ukoić nerwy drugiego samca, cała jego postawa była rozluźniona.

– Cześć Amon, zgodzę się, pod warunkiem że ja mogę zatrzymać twój.
Wianek Amona był śliczny dużo lepiej zrobiony niż ten samego Hissia, a mimo to łowca chciał zatrzymać jego wianek. To sprawiało pewne ciepło w całym ciele wojownika. Trudno to było nazwać.

Niestety właśnie w tym momencie, samica, z którą wcześniej łowca rozmawiał, postanowiła otrząsnąć się i ruszyć z rykiem do Amona. Skowyt natychmiastowo podniósł łeb i napiął mięśnie. Kiedy Amon został przewrócony i pociągnięty za ogon, to ciepło które skrywało się w piersi wojownika, eksplodowało żarem. Walić pokój, niech spłonie. Nigdy nie był agresywny do innego smoka słownie. Nawet na arenie, nie pozwalał, żeby targały nim emocje na tyle wielkie, by stracić nad sobą panowanie by uderzyć lub ugryźć mocniej niż wymagała sytuacja. Nigdy też nie ubliżył celowo innemu smokowi. Ta sytuacja była jednak inna, coś w nim przestawiło się w momencie w którym usłyszał nazwanie Amona psem. To nie była arena. Nie walczył tu dla siebie, został zaatakowany ktoś dla niego ważny. Zarówno jako współstadny jak i smok, z którym znajomość cenił. Z gardła wojownika rozległ się przeciągły warkot, nim nie wyskoczył do przodu, stając między ziemistą a jego leżącym łowcą.
Czarny dym i iskry buchnęły z jego pyska, gdy wyprostował się górując wzrostowo nad przeciwniczką. Skrzydła miał rozprostowane na boki, by zasłonić Amona przed wywerną. Szpony miał rozłożone i wbite w ziemię, a mięśnie napięte jak gdyby tylko czekając na zapalnik. Wszystkie kolce na jego ciele sterczały, a ogon orał ziemię. Czerwone ślepia samca dokładnie obserwowały, czekał na jakikolwiek ruch samicy, lub jej wycofanie. Jego głos graniczył z warkotem. Groźba unosiła się w powietrzu. Nie krzyczał, ale jego ton nie należał do najmilszych. Nie obchodziło go, że prawdopodobnie mieli widownie w tym momencie.

– Jeszcze raz zagrozisz i możesz się pożegnać z piórami, kuro.
Wypuścił z pyska więcej czarnego dymu. Czuł jak płomienie, rozsadzają go od środka.
– Być może, dlatego że nie chciał być wybrany przez ciebie.

Rytuał Pokotu Suruali
autor: Skowyt Wierchów
13 lut 2025, 22:41
Forum: Zdarzenia
Temat: Pole kwiatów na Skałach Pokoju
Odpowiedzi: 148
Odsłony: 6328

Pole kwiatów na Skałach Pokoju

Pojawił się tu i Hisseth. Może nie był największym przyjacielem wiosny, czy też ciepła. Wręcz przeciwnie całkiem przyjemnie było mu opatulać się śniegiem leżącym dookoła. Zgromadzenie jednak go intrygowało.
Zawsze był ciekaw smoków, dlatego też pojawił się na polu, kiwając łbem i posyłając krzywe uśmiechy, komu znał, lub chociaż kojarzył. Reszta z którą, chociażby skrzyżowałby spojrzenie, obdarowana była po prostu kiwnięciem łba.
Widząc jak wiele smoków, próbuje zaplatać wianki i kilka sztuk wiszących już na drzewie, postanowił spróbować swoich własnych sił. Zgarnął parę z czerwonych, żółtych i białych kwiatów, trochę zielska i usiadł na boku skupiając się na tym co właściwie chciał zrobić.
Ogon zawinął, tak by mu nie przeszkadzał.
Problem był raczej dość prosty, o ile potrafił używać łap w celach wojowniczych, tak proste plecenie wianka było trudne. Nie do końca też wiedział, co robi.
Wyciągnął i przegryzł delikatnie jęzor w skupieniu podczas zawijania kwiatów o siebie nawzajem. Zajęło mu to sporo czasu, jako iż nie miał żadnego doświadczenia w tej materii, a też nie chciał się zbytnio spieszyć.
Wianek, mimo że wyszedł mu w takich barwach dokładnie jakich chciał, to nie wyszedł mu tak solidny. Miał wrażenie, że w każdej chwili może się rozlecieć mimo jego pracy w to włożonej. Bardzo delikatnie umieścił wianek na jednej z wyższych gałęzi, tak by on sam bez problemu dosięgał. Nie chciał, żeby przypadkiem spadł.
autor: Skowyt Wierchów
13 lis 2024, 21:48
Forum: Zdarzenia
Temat: Walka z nieumarłymi
Odpowiedzi: 24
Odsłony: 969

Walka z nieumarłymi

Opuszczona Osada

Hisseth ubóstwiał nocne wędrówki, znał też barwy księżyca. Tej nocy była wyjątkowa. Moc, która przetoczyła się przez tereny i płoszyła ptaki, sprawiała, że łuski stroszyły się na karku. Posłał szybką wiadomość do matki. Gdyby cokolwiek się działo, była dużo bardziej doświadczona w boju niż on sam. Nie znaczyło to jednak, że miał zamiar czekać i nic nie robić.

Szarpiąc powietrze skrzydłami, ruszył do źródła tak szybko ile tylko miał sił. Skowyt był zbyt młody, by żyć w czasie inwazji. Cokolwiek spowodowało, wstanie szkieletów, w opuszczonej osadzie ludzi, czy to dawało mu jakieś szanse się wykazać wśród nieznanych konstrukcji? Czy powinien w ten sposób się wykazać? Tak lub nie, na pewno nie mógł pozwolić, by truposze się zalęgły i wylazły poza teren osady.

Niewiele myśląc, obniżył lot i nabrał powietrza w płuca. Osada na szczęście nie znajdowała się zbyt blisko palnych rzeczy. Odczekał, aż gruczoły zaczną go charakterystycznie uwierać, by wypuścić z siebie pełny strumień ognia na szkielety, nad którymi przelatywał, zataczał okrąg, by stworzyć ognistą granicę osady. Chciał spopielić ich kości, tak by został z nich tylko proch. Sprawdzał też, jak łatwopalne były dynie, które mieli na łbach.
Dopiero gdy zabrakło mu już tchu, zwrócił się w kierunku ziemi i mało elegancko spadł prawie całym ciężarem na nieszczęsnych przeciwników.
Był w swoim żywiole, gryząc i drapiąc każdego przeciwnika, którego dał radę sięgnąć. Nadziewał truposzy na liczne kolce, a także szarżował tylko po to, by rozgromić ich swoimi rogami lub zwykłą masą. Nie był jednak nieuważny, każdy atak, który był wyprowadzony w niego, starał się unikać, czy to parując go, czy odskakując tylko po to, by ponownie doskoczyć do przeciwnika w zabójczym tańcu.


Pieśń Feniksa
autor: Skowyt Wierchów
13 lis 2024, 14:18
Forum: Zdarzenia
Temat: Chatka na kurzej stópce
Odpowiedzi: 29
Odsłony: 1274

Chatka na kurzej stópce

Sny przynosiły przeróżne obrazy, ale tym razem gdy Hisseth się obudził, był przekonany, że to, co widział jakkolwiek absurdalne, jest prawdziwe. Wiadomość wydrapana w skale jego groty tylko go w tym utwierdziła, niewiele trzeba byłoby wyruszyć na poszukiwania.
Ślad słodyczy łatwo było odnaleźć, podążyć za nim jeszcze prościej. Inną kwestią było to, że po drodze Skowyt zebrał parę ze śladów-cukierków, nie zjadł ich oczywiście. Kto wie może to tak naprawdę jajka i wyklują się z tego osobne chatki?

Kiedy wreszcie ją znalazł, przez dłuższą chwilę przyglądał się w niedowierzaniu. Jednym jest zobaczyć coś niezwykłego w snach, innym jest zobaczyć naprawdę i jeszcze zakraść się do środka. Drzwi były olbrzymie jak na tak małą chatkę, ale niewiele trzeba było, żeby przez nie przejść po cichu i dostać się do dużo większego środka.

O bogowie, te zapachy, które go otaczały. Musiał przełknąć ślinę, która napłynęła mu do pyska. Tyle cudownych zapachów, nagle był głodny jakby głodował od księżycy. Złapał się nawet, że nie myśląc o tym, jego łapy same poniosły go do najbliższego stołu. Może nawet nie wyrwałby się z tego i zżarłby, co tylko dorwałby, gdyby nie fakt, że się potknął. Na szczęście nie zrzucił niczego i nie wywołał zbyt wiele hałasu, ale udało mu się, choć na chwilę pomyśleć o czymś innym niż obecne tu jedzenie.
Czerwona peleryna, o którą się potknął zdawała się być w oczach Hissetha zarówno ratunkiem jak i skarbem, który mógł zabrać, a wisiała tylko zarzucona niedbale na krzesło. Być może ratował w ten sposób jakoś żyjącą tu starszą smoczycę? Kto wie co by się stało gdyby się potknęła. Kładąc kroki, najciszej jak potrafił, złapał za pelerynę i ruszył ostrożnie do wyjścia.

Kiedy tylko udało mu się wydostać, ruszył prosto do duszka, z darem, o ile oczywiście udało mu się ją zdobyć.

Wyszukiwanie zaawansowane