Znaleziono 12 wyników

autor: Śmierciomyśl
28 lis 2025, 17:42
Forum: Retrospekcje
Temat: ?!
Odpowiedzi: 46
Odsłony: 1936

?!

Szybko, szybko, jeszcze szybciej – ale nie w panice, bo nie miał więcej czasu i pośpiechem nic nie zyska a chaos. Już posłyszał echo pobudki, gwizd ptaka nad uchem, hałas za wejściem do groty, co powoli przedzierał się przez osłonę przyjemnego snu. Pomimo makabry, buchających ciepłem run i harmidru agonii, Vunnud czuł się jak w bajce. Nie chciał się przebudzać, nie chciał by Elred zatrzymywał się na posłyszenie nieswojego imienia, imienia tak głęboko w nim zakorzenionego, że nie chciało puścić. Elfia magia była wygodniejsza, elfie palce wygodniejsze, knykcie wygodniejsze, kręgosłup wygodniejszy, łapy wygodniejsze, wszystko wygodniejsze, wygoda, wygoda, wreszcie, nareszcie, nakarm się tym, spijaj to, rzuć się temu na pożarcie, wkręć się, jeszcze jedna runa, jeszcze jeden ruch dłonią, smukłą dłonią o przeciwstawnym kciuku.
Nie przerywaj – kto? Elred, Vunnud? Choć widocznie oddzieleni, chęć wygody, przyjemność nowego życia tak bardzo sprawiała, że Vunnud na tę podziałkę między elfem a smokiem przymykał oko.
Zagłada dokonana.
Uciekaj – kto? Elred, Vunnud? Nie mógł się skupić.
Uciekaj!
Kto?
Żyj tym ciałem! Żyj w pełni!
Bez wahania Elred czmychnął w ciemne alejki, nie odwróciwszy się ni razu.
autor: Śmierciomyśl
19 lis 2025, 18:51
Forum: Retrospekcje
Temat: ?!
Odpowiedzi: 46
Odsłony: 1936

?!

Elred uśmiechnął się pod nosem, słysząc śmiech kolegi po fachu.
Vunnud notował nowe informacje i nim zdążył cokolwiek pomyśleć, oczy elfa uciekły w bok – hałas, odwrócenie uwagi i zmiana scenerii, a następnie wzrost energii w klatce piersiowej i ruch nóg. Wąż wyłącznie obserwował, bezdusznie niczym spokojny ocean; wygodnie niczym widz w skórzanym fotelu.
Zadanie było proste, a Elred był zadaniowym elfem. Jako ogniwo żelaznego łańcucha, jedna zębatka z wielu, rozkaz stał się jego jedynym punktem odniesienia. Odwrócił się na pięcie i żołnierskim krokiem rozpoczął operację w uzasadnionym pośpiechu.
Vunnud chciał zerknąć za migającym światłem; głodny umysł pragnął więcej informacji.
Cokolwiek zrobił Elred, tak się stało. Czy sięgnął po magię i spalił wszystko, czy też ręką zrzucił wszystko z biurka, czy przewrócił krzesło i zaczął nim uderzać – dla spokojnego obserwatora nie grało roli. A nuż i ten spokój dotknął elfa? Albowiem chęć zmieszana z obojętnością była tak silna w czterookim, że zachichotał jeśli udało mu się zmienić plany Elreda – czy długouchy dojrzał tego, co świeciło? Czy mógł podejść, skończywszy?
autor: Śmierciomyśl
14 lis 2025, 15:39
Forum: Retrospekcje
Temat: ?!
Odpowiedzi: 46
Odsłony: 1936

?!

Widział Harvarda.
Przyszła na niego pora.
━━━━━━━━━━
Któreś z tych stworzeń mogło być Vunnudem – tylko gdzie był Vunnud? Kim był Vunnud? Czym tak naprawdę stał się Vunnud? Gdzie jest granica między elfstwem a potwornością, byciem sobą a wizją i czy ten Vunnud, o którym marzył Valnar, dalej był tym samym Vunnudem, którego – wydawało mu się, że – znał?
Prawda. – Odpowiedział bez zawahania, bez krztyny paniki w głosie. Nie mając dostępu do słów przez większość życia, będąc prowodyrem wizji, odnalazł się niczym ryba w wodzie – bez pytań, bez kwestionariusza, jaki nigdy nie zostanie uzupełniony. Wąż wychylał się czasem z balansu wspomnień by przejąć kontrolę chociażby iluzorycznie. Albowiem to nie od niego zależała odpowiedź, jeden z elfów wyrzucił słowo "prawda" niczym haczyk przed rybkę i uzdolniony słuchacz, smok zmuszony do cierpliwości, od razu podłapał ulegle to, co dyndało przed elfim nosem.
Ciało te było wygodniejsze niż gadzie.
Od razu splótł ręce za sobą, opierając knykcie pod kością ogonową.
Bezdusznym wzrokiem powiódł po scenerii, głęboko oddychając – czyżby przez vunnudowską duszę przedarła się sowista pretensja wobec nieudolności chirurgów? Widok nie przerażał go wcale, okrucieństwa czterookiego w imię efektywności odbiły swoje piętno na niejednym drapieżniku Wolnych Stad, a co dopiero na bezbronnej zwierzynie łownej – wielokrotnie wylewające się wstęgi mózgu z nosa, wciśnięte czaszki tak, że sam nie mógł sobie przypomnieć do kogo należały, przebite na wskroś piersi i powykręcane łapy ze stawów, aby zrozumieć swoich przeciwników lepiej. Perfekcjonizm samca nie znał granic etyki, więc niewzruszone oczy meandrowały po zmordowanych sylwetkach.
Ciekawość tylko łaskotała otępiały, zmarkotniały umysł. Nie ma co spodziewać się współczucia, czy też żalu – kwestia talii kart, rzutu kostką, ot, hazard. Życie poza Wolnymi było tylko i wyłącznie tym, szczególnie w czasach wojny, które zdają się niekończące dla zwierzyny. Selekcja jednej istoty nad drugą jest preferencją absolutną i nieodwołalną; nie ma szlachetniejszej wróżby.
Szukał wzrokiem symbolu Harvarda, upewniając się swojego kresu ze spokojem: gdzie był jednorożec? Czy jeszcze żył litościwie, czy też w walce spoczął w nieugiętej woli? Puma nie interesowała go nic a nic.
autor: Śmierciomyśl
30 paź 2025, 17:15
Forum: Adopcje
Temat: Vunnud Pojętny
Odpowiedzi: 0
Odsłony: 217

Vunnud Pojętny

Wszystkie pisklęta idą do Stada Mgieł, nazwane na V albo H.

Pisklęta Vunnuda wywodzą się z prostej umowy – nie ma siły, która przekona go do innej metody, bowiem nie ma on serca, które byłoby wolne na miłość.

Nabór na partnerów otwarty.

  • Vunnud Pojętny

    Rasa: wężowo-morski // po dziadkach górski

    Dziedziczone atrybuty: Siła, Wytrzymałość, Moc, Percepcja

    KLIKNIJ, ABY ZOBACZYĆ PEŁNY WYGLĄD – oczy są pozbawione źrenicy i mile widziane jest, żeby spadkobiercy odziedziczyli tę cechę wyglądu

    O nim: Niemowa, porozumiewająca się głównie za pomocą kruczycy, gardłowych warknięć i bulgotów bądź poprzez magiczne obrazy. Wybitnie zdeterminowany i na pierwszy rzut oka bezduszny, skupiony na nieustannym rozwoju stada oraz swych umiejętności wojennych. Wychowany w estymie horgifellskiej – o własnym panteonie bogów oraz arsenale tradycji – trzyma swoją wiarę i kulturę bardzo blisko gigantycznego serca i w tym duchu będzie wychowywał swych potomków: na dumnych, walecznych i może bogobojnych sukcesorów hojnego rodu. Oczytany w historii, jeden z dwóch założycieli Wrót Dziejów, będzie dbał o wiedzę swych piskląt by zaniechać zapomnienia, które okiełznało Mgły. Również posiada własny, wypracowany przez niezliczone księżyce styl walki i go także przekaże swoim spadkobiercom.

    A mimo własnej, odrębnej historii, dalej czuje się Wolnym. Zyskuje więcej przy bliższym spotkaniu i za połacią obojętności kryje się wrażliwe, niepewne źródło. W pewien nienazwany sposób, każdy Mglisty jest drogi jemu sercu a zarazem każdy smok, jaki zgodził się na jego ofertę.

    kontakt na discordzie: @zmechol



    Mictlan

    Rasa: rajsko-wężowy

    Dziedziczone atrybuty: Moc
    KLIKNIJ, ABY ZOBACZYĆ PEŁNY WYGLĄD – fajnie byłoby odziedziczyć kształt krezy na łbie, wzór oka na czole i czerwone akcenty

    O nim: Bardzo refleksyjny, młody samiec z typu myśliciela, pełen dumy i pychy, a także gryzącej pokory. Przeżył ewidentnie zbyt wiele jak na swój wiek i gnie się pod cieniem poczucia winy, które towarzyszy mu zza granic Wolnych Stad. Posiada własną religię z bogiem Mitacainem na czele, jaka to splata się z obecnym panteonem. Dzięki kilku sprytnym słowom zasiada teraz jako Kapłan Mgieł, zajmujący się Ceremoniami Odejścia. Targany emocjami, nieraz nimi pokonany, znalazł ukojenie przy boku stoickiego Pojętnego.

    kontakt na discordzie: @vanekarok



    Hemera Szlachetna

    Rasa: górsko-wężowy

    Dziedziczone atrybuty: Siła, Aparycja

    KLIKNIJ, ABY ZOBACZYĆ PEŁNY WYGLĄD – mile widzianie dziedziczony kolor oczu, rogi oraz grzywa wraz z jej kolorem

    O niej: Pogodna gaduła, troszkę chwiejna emocjonalnie i wiecznie młoda duchem. Jedną z większych ambicji Hemery jest rosła rodzina i to ona sama skierowała się do Pojętnego z tą prośbą. Bardzo zależy jej na aprobacie Vunnuda i kocha go miłością nastoletnią, tą, która zaślepia i nie bierze jeńców. Nie dziwota więc, że widzi się z nim bardzo często a zarazem przywłaszczyła sobie jego wierzenia za swoje. Łączy ich niepoprawna relacja mentorsko-partnerska, choć nie wadzi jej to wcale, wręcz przeciwnie. Jest bardzo dumna z miejsca, w którym teraz jest, i jej ciepłe serce otwarte jest na jeszcze więcej miłości.

    kontakt na discordzie: @4smod3us

    potomstwo: Haelor



    Spoza Wolnych Stad

    Rasa: Wszystko, co wymyślisz.

    Dziedziczone atrybuty: brak, ale nie przejmuj się! Łatwo zyskuje się zastępcze dziedzictwo atrybutu od Piastuna, który pomaga w naukach.

    O niej: Wszystko, co wymyślisz – jednak jeżeli chcesz wymyślne lore związane z rejonem, z którego pochodzi kultura Vunnuda, jestem skłonny dopomóc i zapoznać ze światem, jaki kryje się około czterech księżyców lotu od Wolnych Stad.

    kontakt na discordzie: znówże ja

    potomstwo: Burzoszept
autor: Śmierciomyśl
29 paź 2025, 23:58
Forum: Retrospekcje
Temat: ?!
Odpowiedzi: 46
Odsłony: 1936

?!

Na zawsze nieśmiertelna dusza; jestem słońcem, lecz nie widzisz mojego blasku. Jestem Twym kompanem, lecz się odwracasz. Jestem Twym czempionem, któremu nie przyklaśniesz. Jestem pieśnią, której nie posłyszysz. Jestem najbliżej Ciebie, lecz jeśli mnie nie nazwiesz, przypieczętuj swe istnienie milczeniem i nigdy mnie nie oczerniaj.Ateral
W ramieniu wojownika bilion igieł pociągnięte niesfornym magnesem – wszystkie one przedzierały się przez ścięgna od środka, pozbawione początku. Gdzieś w objęciach strasznego mięsiwa, w buncie ruszały do przodu i rozrywały ponad obręb stłuszczonej skóry. Rozrywały z agresją, z paniką, z gniewem pierworodnego.
Wdech, wydech... w nieskończoność, w cyklu nie znającym kresu. I w tym wszystkim, sam musiał kontrolować swój tchórzliwy lęk.
Obserwował z pokorą bogobojnego, z uparciem torturowanego zakładnika. Albowiem i władcza ambicja Wichrogłosu zaszczepiła się w wizji: puma czuła mięso, żywe, tętniące rzekami życia i jeśli się wsłuchać wśród kakofonię metalu, jazgotów oraz chluśnięć, mogła posłyszeć czkawkę ptasiego serca. Niech i ona obserwuje, fantazjuje o nieuchwytności przeszłości, o jedzeniu – pozostanie niemym obserwatorem, samemu zaspokajając swoje potrzeby.
Co teraz widzi? Co teraz czuje, dotknięte marzeniem krwi?
autor: Śmierciomyśl
14 paź 2025, 19:53
Forum: Retrospekcje
Temat: ?!
Odpowiedzi: 46
Odsłony: 1936

?!

Wdech, wydech... w nieskończoność, w cyklu nie znającym kresu.
Nie wiedział dlaczego strach przeszywa ciało pumy (?). Nie chciał znać genezy przerażenia, bo i też zdaje się, że nie miał interesu – cokolwiek to było, wyjdzie na jaw w tej wizji, bądź w kolejnej, bądź jeszcze w kolejniejszej... gdzieś na obrzeżach umysłu zajaśniała opcja, że tak naprawdę znalazł się w Khainak. Że teraz nie była to próba ani wizja, ale kara. I w tym wszystkim, sam musiał kontrolować swój tchórzliwy lęk.
Nie sycz, zdawał się nakazywać spokój utkwiony w duszy Pojętnego. Nie walcz, przyszła kolejna komenda.
Był przede wszystkim horgifellczykiem. Musiał być pozbawiony emocji. Musiał być pozbawiony strachu, chociażby z pozoru... gdzieś na wodzy, na dystans dłoni. Musiał, inaczej nie byłby sobą.
Ale czy jest sobą dalej? Czy gdzieś w tym wszystkim są oni, Mgliści, spleceni w jedną świadomość?
Wdech, wydech... uspokój się.
Jedna świadomość, jeden cykl.
Wsiąkał zapachy w siebie... oczy nie będą mu pomocne, nie w tym świetle, nie na granicy paniki. I dźwięk przyciągnął jego uwagę tam, gdzie łoskot łańcucha i skrzypnięcie drzwiczek. Mokre futro, rogi... jak silny przeciwnik? Czy też ofiara? Czy też... Mglisty w ciele?
Okazja. Zwierzę, którym był, przebijało się do jego myśli i ryczało ze strachu, szukało ucieczki. To i Vunnud, utkwiony w stęchliźnie histerii, wyczekiwał okazji. Na co? Na ucieczkę? Walkę? Przecież to tylko wizja... tak?
  • :: zgaduję, że jestem w ciele pumy (co ma jaja z gumy) – próbuję wywęszyć zwierzę, któremu otworzono klatkę
autor: Śmierciomyśl
12 paź 2025, 21:01
Forum: Retrospekcje
Temat: ?!
Odpowiedzi: 46
Odsłony: 1936

?!

Przeszywające światło – wszerz, wskroś, pomiędzy i ponad. Nieokiełznany szum, gdy niewidzialna siła wkradła się w ociężałą pierś i ścisnęła płuca.
Łapał wdech jak rybka, gdy moc targała nim całym. Z bojaźliwością oglądał wizje przed nim, wytrwały w osaczeniu. Jeszcze chwilę, jeszcze dłużej... szukał kontroli, z rozkojarzeniem skacząc oczyma po obrazach. Było ich multum, niespokrewnionych z jego źródłem i raptem niebo pękło na pół. Brakło łoskotu, brakło dźwięku poza powalającym hałasem i mogło się zdawać, że rozszczepienie nieba będzie bardziej efektowne... ale jak nic nigdy, pozostawiło po sobie brzemię paniki.
Nie widział straszniejszej rzeczy. Nie umiał tego opisać.
Krokodyle łzy napłynęły do oczu.
Przerażony, patrzył w worteks świata, nie rozumiejąc ani szeptu. Ale był obecny jako świadek cudu: zdało mu się, że roztrzaskał ogniwo Łańcucha Wyniesienia – znalazł czas między światem Horidor a antyświatem Khainak.
Usta nie wypowiedziały nic, łapczywie chwytając powietrze. Ból zjadał jego źródło, a przed nim niewyjaśniona zagadka magii wołała go bezlitośnie. Czuł jak on sam rozpada się pod napływem potęgi niczym mrówka pod palcem. W tym tragicznym wołaniu, odczuł wyniesienie – wśród strachu odznalazł spokój, jak gdyby te emocje graniczyły ze sobą i splatały się w gałęziach olbrzymiego drzewa, nierozróżnialne. Oczy wielkie jak monety złagodniały, a lekkość wypełniła dreszczem całe ciało. Szpikulce wzdłuż kręgosłupa ustały dęba.
Poczuł szarpnięcie. Miasto i dół... i coś wewnątrz ciągnęło resztę ciała, nieważne jak silnego i spiętego. W dwóch postaciach – bowiem i dusza, i ciało stało się osobne – został wciągnięty.
Spadał.
Serce straciło rytm.
Chciał ryknąć, ogarnięty dreszczem.
Uskrzydlenie? Trwoga? Akceptacja? To wszystko i nawet więcej stało się jednym.
━━━━━━━━━━
Łoskot.
W szale rozejrzał się, łapiąc poświt świata. Spojrzał w stronę wycofującego się po prawej stronie płaza i spiął się w sobie, samemu wycofując się do końca klatki. Pośpiesznie, ciało było żwawe. Lekkie, nieograniczone tłuszczem i skrzelami, małe.
Nie jego ciało.
Bolały go oczy, mrużył je niemiłosiernie i syczał, syczał doniośle i z całej siły, nie mogąc powstrzymać instynktu.
Wizja – czyżby test na miarę prób Hilsith? Nie mógł być wzięty przez Ognvara, nie przyczynił się niczym... nie jest bogiem wyniesionym. Nie. To niemożliwe. Nie o to tu chodzi. Dopiero co przeszedł ceremonię nadania. Za wcześnie. Trzeci świat, poza czasem. Możliwe? Nie. A może?
Wdech.
Starał się nie panikować – bogowie czuwają. Był horgifellczykiem, to i emocje mają być tylko narzędziem. To i nastało w tej burzy pytanie nieosiągalne, nacechowane ciekawością badacza, jeszcze może pozbawione pełnego zrozumienia: "czemu się boję?".
Wydech.
Wytresowany, próbował przyjąć mentalność bojową. Zabić wspomnienie tego, czym nie jest, i zdominować wolą smoka z Areny Barbarzyńców.
Spojrzał po sobie, wyczuwszy więcej futra i to, jak stoi ono na baczność, nastroszone w wyostrzonym lęku. Wzrok otępiały od światła, czym były jego łapy? To i zerknął pod siebie, próbował wyczuć mięśnie. Patrząc w dół, na łapy, na pierś i za siebie – bowiem czy ma ogon, czy też ma tylne łapy? – starał się myśleć tym, co znał. To i trzymając się równomiarowego oddechu, zamilkłszy wreszcie od syku, próbował spinać mięsień za mięśniem.
Jak w medytacji, którą robi codziennie o świcie, starał się poznać swoje ciało jako broń. Czy ciało miał równie zwinne, co smocze? Czy łapy tylne, czy też przednie są mocniej umięśnione? Czy ogon był silny, czy słaby, czy też go wcale nie było? Czy grzbiet jest porośnięty szpikulcami, czy też skrzydłami, i czy potężny jest w ogóle, czy też struchlały? Czy szyja, teraz pozbawiona makabrycznego ciężaru byczej głowy, dalej była giętka i tłusta? I czy gdzieś w niej, za kłami, kryły się gruczoły kwasowe? Ile oczu miał, cztery pary czy dwie, czy jedną czy nawet mniej? Czy gdzieś w ciele kryło się... źródło?
Wydech. Wdech, wydech...
  • :: patrzę po sobie i analizuję
autor: Śmierciomyśl
24 lut 2025, 19:03
Forum: Zdarzenia
Temat: Pole kwiatów na Skałach Pokoju
Odpowiedzi: 148
Odsłony: 6328

Pole kwiatów na Skałach Pokoju

Pływanie! Był jak najbardziej na tak, koniuszek ogona zawirował samoistnie i rozbawiony wzrok meandrował między dwoma samcami. W tym momencie, gdy zwyczajnie wymieniali między sobą słowa, byli zatrważająco ładni – na miarę dwóch posągów. Była w nim dziwna potrzeba żeby zapamiętać ich profile, patrzące na siebie bez żadnych większych zamiłowań. I przytaknął, potwierdzając stwierdzenie Nieskalanego Wiatrem: znali się z areny. Tak naprawdę nie znali się poza areną... ale byli blisko. Na swój specyficzny, dziwny sposób, połączył ich Viliar i zbytnio puścić nie chciał. Na pewno nie Vunnuda.
A po chwili przytaknął ponownie, zgadzając się na ich propozycje. Zresztą, niezależnie co by powiedzieli, i tak by się powlókł za nimi. Mimo to, w jakiś delikatny, subtelny sposób, zacisnął swój chwyt na nadgarstku Maga Ziemi.

Nieskalany Wiatrem Skrytość Motyla
autor: Śmierciomyśl
21 lut 2025, 17:15
Forum: Zdarzenia
Temat: Pole kwiatów na Skałach Pokoju
Odpowiedzi: 148
Odsłony: 6328

Pole kwiatów na Skałach Pokoju

Kąciki ust uniosły się boleśnie, widząc, jak Noriko zrywa jego wianek... i że wianek jakkolwiek się utrzymał. Z ulgą odetchnął. Ogon mimowolnie drgał w ekscytacji. Lecz przede wszystkim Vunnud uśmiechał się i to oczyma. Błyszczały one jak cztery kamienie szlachetne. Powieki zadrgały, a w głowie echem poniosło się nieźle wyrosłeś.
Chciał odpowiedzieć to samo. Jego błony były dokładnie tak delikatne w wyglądzie, jak tylko zapamiętał.
Po chwili spojrzał na Nieskalanego Wiatrem, który nie przyznał się słownie do zabrania wianka. Mglisty walczył ze sobą, żeby nie siłować się z nadgarstkiem białołuskiego i nie utrzymać go w dole, jak gdyby dla powiedzenia "ja też chcę tu być". Bowiem też by wybrał ten wian z drzewa... gdyby był choć odrobinę bardziej uważny i wiedział do kogo należy. Dlatego też opcja pozostania we troje jawiła mu się jako oczywistość.
Vunvunvunvu... – zamruczał cichutko, jak gdyby próbując powiedzieć coś składnego. I cherlawy pomruk zamienił się w bulgot, poprzedzony niepewnym ruchem barków. Zwyczajnie nie wiedział, co chciałby robić z nimi. Normalnie odpowiedziałby, żeby walczyć, ale natura Noriko była skrajnie odmienna od nawyków relacji Wichrogłos-Nieskalany Wiatrem.

Nieskalany Wiatrem Skrytość Motyla
autor: Śmierciomyśl
16 lut 2025, 0:34
Forum: Zdarzenia
Temat: Pole kwiatów na Skałach Pokoju
Odpowiedzi: 148
Odsłony: 6328

Pole kwiatów na Skałach Pokoju

Wtulony sam w siebie, otoczony własnym wężowym cielskiem, Wichrogłos obserwował dalej samicę o brązowej sierści i dwukolorowym łbie. Było coś w niej zagadkowego i poczuł, że się nie myli, gdy tylko jego oczom ukazała się Venhedis Szydercza... która, zadziwiająco, wykazała się sercem. Nieuchronnie w oczach wyobraźni zamigotało mu wspomnienie ich pierwszego, pisklęcego spotkania. Kim była Słoneczna, że jakkolwiek pociągnęła ku sobie ten egzemplarz smoka? Kim była, że po krótkiej wymianie zdań, Venhedis popisała się swoją destrukcyjnością jak gdyby nigdy nic wracając do swego bazującego charakteru, choć przecież się z niego wybiła? Pokazała, że coś pod tą szorstkością istnieje, ba, czeka na odkrycie?
Wąsy zafalowały, uniesione zmarszczeniem nozdrzy. Czyj wianek został zniszczony? Z tym zarysem myśli, różnymi obrazami nieutkwionymi w słowach, pożegnał odlatującą wywernę.
Po chwili wrócił łypiącym ślepiem ku Słonecznej, obserwując bezdusznie. Ukoronowana wianem, przemówiła... ale co? Nie dosłyszał. Do kogo? Widział górską samicę, Słoneczną i fioletową... kwaśny wyraz mimowolnie wdarł się na pysk Pojętnego. Zrozumiał, choć rozumieć nie chciał. Nim jednak zdecydował się na bezruch lub akcję pocieszającą, potrząsnął łbem, wyrzucony z pozycji obserwatora.
Kąciki ust uniosły się łagodnie. Oto i on, jego przyjaciel, towarzysz szpona i maddary jedyny w swoim rodzaju, stał przed nim jak przed wybrańcem.
Khhhhkhk – basowy dźwięk, niski i łagodny, powitał białego samca. A ten ukłonił łeb na zwieńczeniu, położył błony po sobie by wydać się mniejszym od Nieskalanego Wiatrem i... zamilkł. Wydawało się, że zapomniał o którymś z pytań.
Wichrogłos zamrugał dwukrotnie, a następnie przekręcił łeb. Wianuszek z daleka cuchnął wręcz Stadem Ziemi, lecz dał sobie czas na pozbieranie myśli nim od razu odrzuci, zaneguje, pokręci pyskiem.
Rozejrzał się po zebranych, unosząc wysoko szyję. Niczym surykatka przeczesywał pole kwiatów, tężąc cztery ślepia. Wyglądały jak pstrokate szparki. I widział Ramzego z wiankiem jego siostry, co przykuło jego uwagę (szykuje się kolejny górski w rodzinie), swego mistrza od walki – Hissetha Harmonijnego, a niedaleko Amona Pustelniczego... Althemaris z Łaknącym Przyjemności, więc od razu odstrzelił sobie rajskiego w głowie.
Zgoła nie znał za dużo Ziemistych, był przykładowym członkiem stada Mgieł i ze swoimi obcował najchętniej. Dlatego też na granicy świadomości zawirował obraz podejrzliwości: czemu Ziemisty wypytuje o Ziemistych? Czy to nie tak, że każdy trzyma ze sobą bardzo blisko? Ale ulotnił się prędko, ustępując zaufaniu.
I już miał kręcić nosem, pozostawić Nieskalanego Wiatrem bez odpowiedzi... ale w ostatnim podrygu zaprosił go ruchem szpona, ażeby mu do nosa przytknął wian.
Przymknięte ślepia rozwarły się ze zdziwieniem. Bardzo znajomy zapach, choć niemożliwy do opisania. Czuł to kiedyś, był przy tym kimś kiedyś, toteż spojrzał nagle wprost na pysk białołuskiego ze wzrokiem takim, jakby mu nagle wbito nóż w grzbiet. Odsunął się powoli w jakimś niemym komentarzu. Bulgot uciekł z gardzieli, jęzor smagnął po krzywych kłach i Wichrogłos powrócił do niemalże panicznego lustrowania zebranych. I był, i kliknęło, i nagle wszystkie domysły wbudowały w jedną postać.
Ogon zawirował po ziemi, końcówką machając w pośpiechu.
Nohhhrikhhho – wydusił ciężko, a na jego pysku zarysowało się szczęście. Uśmiechał się cały nie pyskiem, a oczyma. Wtem capnął przegub przyjaciela i machał nim, wspólnie, białym wiankiem. Począł wołać radośnie, choć z fizycznym bólem: – Nohhriko! Nhrrrr...r-r-riko!

Skrytość Motyla
Nieskalany Wiatrem
autor: Śmierciomyśl
14 lut 2025, 0:23
Forum: Zdarzenia
Temat: Pole kwiatów na Skałach Pokoju
Odpowiedzi: 148
Odsłony: 6328

Pole kwiatów na Skałach Pokoju

A Vunnud w ciszy, gdzieś na uboczu, przyglądał się zgromadzeniu. Znów spojrzał markotnie na niebieskiego węża ze stada Słońca, mimowolnie przypominając sobie swe spotkanie na rozdaniu Proroka... i milknąco, raz jeszcze, zerwał kwiat o nieznanej mu nazwie.
Westchnął cicho, raz jeszcze unosząc wzrok. I północna samica o dwukolorowym łbie, o rogu białym bez skazy, złapała jego uwagę nader niechętnie. Wplótłszy kolejny kwiat, spoglądał na nią z ukosa, będąc nieskorym do przypomnienia sobie pierwszej swej myśli. W cieniu siedział bez słowa, plótł dalej, dobierając wyłącznie fioletowe kwiecie w swe objęcia. I choć robił to nieumiejętnie, choć wielokrotnie twór rozplatał mu się w gargantuicznych łapskach, maddarą sobie pomagał... nienagannie, kończył swe dzieło bez żadnej myśli w głowie. Ale oczy leciały dalej w stronę jasnobrązowej samicy o nieznanym wieku. Daleko, niezauważalnie, podziwiał jej wytrwałość.
I pochylił się ciężko, bezsilnie nad swym wiankiem. Dobrał i to chwastów, i to trawy, igliwia. Duży wian bez polotu, ot, mglisty kunszt. Ino sama zieleń, przepasana dwukrotnie chabrem. Jego wianek wyróżniał się swoją biedotą wśród zawieszonych, lecz młody Wichrogłos nie zdawał sobie z tego sprawy. Zawiesił wiotką ozdobię z kwiecia – a bardziej z zieleniny – i spoczął raz jeszcze, w cieniu drzewa, jak gdyby martwy.
Swych znajomych nie zauważył ni razu.
autor: Śmierciomyśl
31 paź 2024, 20:54
Forum: Zdarzenia
Temat: Chatka na kurzej stópce
Odpowiedzi: 29
Odsłony: 1274

Chatka na kurzej stópce

Kto wszedł do środka, ten spostrzegł się, iż chatka jest znacznie większa, niż wydawało się z zewnątrz.
A Vunnudowi, wszedłszy do środka, wszystko jedno. Wielkie koncepty przestrzeni, a w tym wszelkie idee były dla niego zgoła niepojęte, więc jego obecność można usprawiedliwić wyłącznie mocą boską. To, że pisklę jakimś cudem przedostało się do Chatki, było jakoś zrozumiałe... ale żeby oczekiwać po nim, że zrozumie co duszek od niego potrzebuje i to, że ma zrobić coś wielozadaniowego, ha, był to żart! Sugestia, że jedzenie będzie dla niego pokusą, też stanowiła żart.
Samczyk był zwyczajnie za głupi. Rzekoma wiedźma wpół głucha, wpół ślepa – samczyk wpół rozumny, choć ciało działało dobrze, tak mózg nie nadążał.
Nozdrza samoistnie wciągały zapachy, tak jakby nie rejestrując ich. Łapy tachały ociężałą tuszę. Wąsy szurały o ziemię, a on nawet tego nie czuł. Chodził niczym trup czegoś, co powinno być jak najżywsze, jak najmłodsze, jak najpełniejsze energii.
Młodziak szedł jak gdyby ciągnięty siłą wyższą przed siebie, całkowicie niezainteresowany ni to wymyślną technologią w postaci garnków, ni to wypiekami. Wszystko wokół było igraszką – krzątał się tu i ówdzie bez celu, świszcząc gardłowo. Krążył i wąchał, i skubał, i drapał. Nieporadnie próbował ugiąć deski pod sobą, tu zaglądnął w szafkę, poza szafkę, niekoniecznie umiejąc znaleźć się w zaistniałej sytuacji. Jednakże czuł się komfortowo, jak u siebie. Widział to wcześniej. Wyczuł to miejsce wcześniej... we śnie.
Aż tu chwila minęła, Vunnud drążąc dalej znalazł się tuż przy kominku. Ciepło łagodnie łaskotało jego maciupkie łuski i zauważywszy starszą smoczycę, ciemną, jakoś podobną, instynkt rzucił go wprzód. Ciągnął swe nader ciężkie ciało jak najbliżej samiczej figury. Wystarczyło tylko... położyć się po tak męczącej podróży... jak najbliżej ogona. Jak najbliżej! I najlepiej spocząć we śnie, otulonym.
Niewiele więcej się dla niego liczyło. Wprawdzie, nic innego.

Wyszukiwanie zaawansowane