Strona 3 z 3

?!

: 25 lis 2025, 1:47
autor: Narrator

OSTATNI POST Z POPRZEDNIEJ STRONY:

[SKAZA GRANATU]
1/10 ; bies

Halucynacje nie ustępowały – wręcz gęstniały, zlepiając się w jedną, duszną mgłę, która wypełniała każdy zakamarek świadomości Hissetha. Wojownik nie wiedział już, gdzie naprawdę jest. Raz czuł pod łapami chłodną, metaliczną powłokę na której leżał, w następnej sekundzie szorstki, kamienisty grunt Gór Yraio. Jedno migało w drugie; świat zmieniał się bez ostrzeżenia, bez reguł, a co gorsza bez litości.

Zapach też był zdradliwy. Ostry żar spalenizny mieszał się z gryzącym dymem z nozdrzy znanego mu smoka. Czarciego Pomiotu? Czy ona na pewno tak robiła? Wiedział jedno: cokolwiek to było, nie powinno znajdować się tak blisko jego pyska. A jednak było, jakby pochylało się nad nim i patrzyło z góry. Z pogardą? Z obojętnością? Z tym samym chłodem, którym darzyła go od zawsze… prawda?

I angle znowu widział jajo. Pulsowało przed nim błękitem, jakby wołało o pomoc. Skaza czuł, jakby ktoś wyrwał mu serce i zapakował je do słoika, a potem zaczął z nim uciekać. I wtedy ta jedna myśl zdominowała go całkowicie – musiał je odzyskać.

Lecz gdy tylko próbował się podnieść, świat zgiął się jak miękka wstążka. Jajo oddalało się nie ruchem, a cieniem, jakby ktoś wsunął je w wąski, ciemny korytarz. Stało tam jeszcze ułamek sekundy, nim zniknęło całkowicie. Skaza szarpnął się rozpaczliwie, przekonany, że biegnie za nim, że goni ten błękit migający w mroku. Że musi jeszcze tylko trochę, jeszcze kawałek, oddać jeszcze tylko jeden oddech, dogonić złodzieja. Ale obraz uciekał przed nim złośliwie, jakby popychany niewidzialną dłonią, a jego łapy grzęzły w niewidzialnym błocie. Korytarz wydłużał się nienaturalnie, rozciągał w nieskończoność.

Bo klatka wciąż tam była. W rzeczywistości Skaza nie opuścił nawet klatki. Ledwie pełzł, pozostawiając za sobą krwawy ślad rozlanej krwi, w której się do tej pory taplał. A mimo to dalej wyciągał łapę do jaja, które już było poza jego zasięgiem.


[NIEME PRZEKLEŃSTWO]
8/10 ; pustynny goniec

Zabij go, nim on zabije ciebie. Rairishnie musiał za bardzo pchać pustynnego gońca do działania. Bowiem skoczył on w kierunku wyeksponowanej, kruchej szyi, aby zatopić w niej zęby—

Bam!

Elf w ostatniej możliwej chwili przełamał runę wyrwaną w pośpiechu z kieszeni. Wokół niego zamknęła się przezroczysta, migocząca bańka. Ochrona zadziałała, ale odcięła go również od tlenu. Teraz leżał skulony na ziemi, podczas gdy jego usta rozpaczliwie szukały powietrza.

Goniec zawahał się tylko na krótką, instynktowną sekundę. Potem wściekłość wróciła. Uderzał głową w barierę, aż z jego czoła zaczęła lecieć krew. Drapał ją pazurami, próbując rozerwać jak pancerz zwierzęcia, ale bańka ani drgnęła. Miał już ponawiać kolejną z wielu prób, gdy w kąciku oka dostrzegł interesujący go ruch.

Inny elf. Dalej, odwrócony plecami, pochylony nad czymś.

Bezbronny.

Łatwy cel.

Podjęcie decyzji zajęło gońcowi ułamek oddechu. Zamiast tracić siły na magię, odwrócił się w stronę nowej ofiary, zostawiając duszącego się elfa w jego błyszczącej pułapce.


[WARKOCZ KOMETY] & [BUDOWNICZY RUIN]
4/10 ; myszolot // 5/10 ; błotoryj

Myszolot wylądował ciężko i nieporadnie – drugie skrzydło pomogło mu tylko o tyle, że nie rozbił się o ziemię jak kamień. Dla Nariego było to pierwsze w życiu szybowanie i zapewne absolutnie nie chciał przeżyć kolejnego w takich warunkach. Ból szarpnął go od ogona do dzioba.

Uderzył go nagle zapach spalenizny. Kiedy odwrócił głowę, zobaczył jogromną, czarną żabę smażącą się na kratce jak na wielkiej patelni. Jej oczodoły ziały pustką. Nie widział nic poza gładkimi jamami po niegdyś paciorkowatych ślepiach. Obok niej topniał lodowy odłamek, wokół którego Nari dostrzegł kilka złotych łusek.

Błotoryjowi zaś pociekła ślinka. Miał świadomość, że nie zostało mu za wiele życia, ale czy można odmówić sobie ostatniego posiłku, kiedy ma się go tuż przed pyskiem? Kiedy instynkt drapieżnika szepcze, że wystarczy tylko jeden, dobry, lepki strzał języka?


[WICHROGŁOS]
8/10

Vunnud koncentrował się wyłącznie na Elredzie, a raczej na jego niezwykłej, niemal nienaturalnej kontroli. Elf poruszał się szybko, ale bez cienia paniki. Zaklęcia płynęły jedno po drugim; płomień formował się nad biurkiem tak gładko, jakby nie istniała żadna przerwa między czarem a pamięcią o nim. Najdziwniejsze było to, że magia nie rozpraszała się na powietrzu jak smocza, gdy dwunóg przywołał inne zaklęcie do istnienia.

Gdy papiery zakodowane dziwnym szyfrem płonęły w jęzorach ognia, pod jednym z nich Wichrogłos spostrzegł runę. A choć dotąd nie znał tego języka, wydawało mu się, że ten symbol oznacza "zmyłkę".

Do czasu, gdy usłyszał za sobą głośne nawoływanie. Vunnud? Elred zamarł, choć nie wiedział dlaczego.


[GWIEZDNY TROPICIEL]
9/10

Słowa, które wypowiedział, miały dziwny akcent, ale w chaosie nikt tego nie zauważył. Nawet nie spojrzano w jego stronę, najwidoczniej nie on tu dowodził. Albo po prostu wszyscy byli zajęci tym, co uważali za najważniejsze dla całego przedsięwzięcia.

Jeden elf niósł jajo i zniknął za rogiem. Inny palił papiery przy stole. A kolejnywalczył o życie, odcięty od tlenu bańką ochronną.

Valnar wziął sprawy we własne ręce. Elf otwierał klatki szybkim ruchem, jedną po drugiej. Zwierzęta jednak nie reagowały tak, jak oczekiwał. Nie wyskakiwały na wolność, tworząc większe zamieszanie. Drżały, wciskały się w kąty, niektóre nie mogły nawet wstać. Dopiero gdy podszedł bliżej, zobaczył stan ich łap. Surowa, krwawa prawda biła po oczach.

W jednej z klatek leżał umierający bies, w metalowym naczyniu, z którego sączyła się nieustannie krew. A jednak zwierzę po otwarciu drzwiczek niespodziewanie zaczęło się czołgać na zewnątrz, choć jego oczy nie patrzyły nawet na Valnara. Skierowane były w ciemny kąt za którym zniknęło jajo.

Ostatnim do wyswobodzenia więźniem był błotoryj przywiązany łańcuchem do stalowej kratki. Pod nią palił się magiczny ogień, a Valnar był dziwnie pewien, że sam narysował odpowiednią runę parę dni wcześniej. Niestety w tym chaosie kompletnie nie zauważył przy butach małego myszolota.

Zresztą, skupił się na tym, by wołać swojego syna. Elf zmarszczył czoło, gdy z jego gardła wydobyło się nieznane mu imię.


Czas na odpis: 28.11 godzina 23:59

Co się dzieje na danym pułapie punktów?
10 punktów: Pełna jasność umysłu
7-9 punktów: Lekkie zaburzenia – bóle głowy, trudności z koncentracją
4-6 punktów: Umiarkowane zaburzenia – halucynacje słuchowe, paranoja, drżenie kończyn
1-3 punkty: Ciężkie zaburzenia – halucynacje wzrokowe, ataki paniki, niemożność odróżnienia rzeczywistości od wizji
0 punktów: Całkowite załamanie psychiczne – postać budzi się w potencjalnie ciężkim stanie.

pingi

?!

: 28 lis 2025, 17:42
autor: Śmierciomyśl
Szybko, szybko, jeszcze szybciej – ale nie w panice, bo nie miał więcej czasu i pośpiechem nic nie zyska a chaos. Już posłyszał echo pobudki, gwizd ptaka nad uchem, hałas za wejściem do groty, co powoli przedzierał się przez osłonę przyjemnego snu. Pomimo makabry, buchających ciepłem run i harmidru agonii, Vunnud czuł się jak w bajce. Nie chciał się przebudzać, nie chciał by Elred zatrzymywał się na posłyszenie nieswojego imienia, imienia tak głęboko w nim zakorzenionego, że nie chciało puścić. Elfia magia była wygodniejsza, elfie palce wygodniejsze, knykcie wygodniejsze, kręgosłup wygodniejszy, łapy wygodniejsze, wszystko wygodniejsze, wygoda, wygoda, wreszcie, nareszcie, nakarm się tym, spijaj to, rzuć się temu na pożarcie, wkręć się, jeszcze jedna runa, jeszcze jeden ruch dłonią, smukłą dłonią o przeciwstawnym kciuku.
Nie przerywaj – kto? Elred, Vunnud? Choć widocznie oddzieleni, chęć wygody, przyjemność nowego życia tak bardzo sprawiała, że Vunnud na tę podziałkę między elfem a smokiem przymykał oko.
Zagłada dokonana.
Uciekaj – kto? Elred, Vunnud? Nie mógł się skupić.
Uciekaj!
Kto?
Żyj tym ciałem! Żyj w pełni!
Bez wahania Elred czmychnął w ciemne alejki, nie odwróciwszy się ni razu.

?!

: 28 lis 2025, 18:35
autor: Wskrzeszony Rytuał
Czuł się niczym nowo wykluty, jak gdyby przemoc gońca rozbudzała w nim wcześniej stłumione w smoczym umyśle emocje. Pragnął śmiać się z całej piersi, widząc strach schowanego w swojej barierze elfa. Był taki potężny i straszny, kiedy goniec pozostawał na smyczy, a teraz to on chował się w swojej własnej klatce!
Radość przeszywała każdy kącik jego umysłu. W końcu był potężny i w końcu wprawiał istoty dookoła w strach. Wystarczyło znaleźć się w ciele silnego drapieżnika obdarzonego mięśniami! W myślach pochwalił zwierzaka, razem z nim skupiając się na kolejnym elfie, bo w końcu mając wspólny cel, zarówno Niemy, jak i goniec w pełni stali się jedną i tą samą istotą. Ekscytacja przeszyła jego ciało, a kolejne wizje posłane zostały do umysłu drapieżnika.
Skacz prosto na niego! Wbij zęby w jego szyję, kiedy siedzi tak odwrócony do nas plecami. Przecież nie różni się on teraz od zwykłego, rozproszonego roślinożercy!

?!

: 28 lis 2025, 19:53
autor: Budowniczy Ruin
Wyczuł to bardziej, bo ujrzeć nie mógł. Było to wrażenie – echo instynktu błotoryja. I głodu. Dziwna to była istota, której agonię teraz obserwował – by w takiej chwili myśleć o jedzeniu!?

I choć żabol upatrywał w myszolocie ostatnią przekąskę, Wasak dostrzegł inną szansę. Może zamiast strzelać językiem w ćwierkające cicho maleństwo, spróbować trafić coś innego? Piastun spróbował wznieść się ponad ból i wyczulić swoje.. znaczy błotoryja zmysły na inne, otaczające go rzeczy. Szukał któregoś z dwunogów, który mógłby znaleźć się w zasięgu ich lepkiego języka.

Jeśli nadarzyła by się okazja, język wystrzeliłby ku ofierze, lecz nie by ją połknąć, a się jej przytrzymać.. i z jej pomocą spróbować wyrwać z objęć palącego więzienia.

?!

: 28 lis 2025, 23:00
autor: Warkocz Komety
Upadek ze stołu na podłogę (niezgrabnie markowany tylko jednym skrzydłem) był jedynie dodatkiego do wszechogarniającego bólu. Raz łupała głowa, raz utracone kończyny nie jego ciała. Różne typy bólu zamieniały się miejscami, ale szczęśliwe wcześniej posłany impuls i myśl o ucieczce chyba dotarły do stwożonka, bo probowało się ratować.

Daleko nie uszedł, bo za chwilę czychał na niego własny przyjaciel pod postacią wysuszonej żaby. Ach, gdyby Nari tylko wiedział, kto to jest! Ale nie miał jak – wszystkie jego wołania, te mentalne i te na głos, spełzły na niczym. Może był za mały i za cichy, by ktoś na nie zwrócił uwagę. Dookoła panował chaos. Jedno więcej krzyczące stworzenie zapewne nie robiło nikomu różnicy.

Zauważył błotoryja w ostatniej chwili i stanął jak wryty, patrząc w jego zapadłe, wyschnięte ślepia. Zdaje się, że przez chwilę był zdany na mentalne umiejętności Wasaka.
– Rairish! – krzyknął jeszcze raz, gdy już się ogarnął, próbując przebić się tym piskliwym głosikiem przez hałas ogarniajacy lochy. – Rianai! Wasak!

Gdzie iść? Dokąd uciekać? Nie znał odpowiedniego kierunku, ale jednego był pewien – jeżeli miał się schować, musiał skierować myszolota w najciemniejsze miejsce pomieszczenia, bez zwierząt czychających na łatwy posiłek. Tak próbował skierować łapki maleństwa.

?!

: 29 lis 2025, 14:51
autor: Skowyt Wierchów
Żar wypalał mu nozdrza, spalenizna, czy gryzący dym? Wyraz pogardy pyska Czarciego Pomiotu. Musiała lubić to co widzi prawda? Przywódcę który gubił się w konsekwencjach które w pewien sposób sam sobie zapowiedział. Nawet gdy byli razem na misji, nie zwracała nie niego szczególnej uwagi, chyba że coś odwalił.
Szpony wbijały się w grunt Gór Yraio, a może jednocześnie był na metalicznej powłoce? A może oba na raz, a może żadne z nich.
Cokolwiek się nad nim pochylało, czy rzeczywiście była to Czarci Pomiot, czy jakiś przebrzydły elf, czy może sama śmierć przyszła zaśmiać mu się w pysk. Dwóch bogów śmierci mieli wolni czyż nie? Ateral i Tarram.
Śmierć którą się akceptowało i śmierć z którą się walczyło.
Jajo było celem, jajo wołało o pomoc, w jaki sposób? Ciężko stwierdzić, ale Skaza wiedział że wołało, że potrzebowało a jeżeli było coś od czego nie uciekał to było niesienie pomocy tym którzy o nią proszą.
Nieważne z którą śmiercią miał do czynienia, zamierzał z nią walczyć, chroniąc jajo, chroniąc niewinne życie.
Zerwał się choć świat zgiął i zagiął się dookoła niego, gdy nie miał sił. Szydziła z niego sama rzeczywistość.
Szarpnął się ponownie, przebierał łapami, przez muł przez błoto i smołę której nie widział. Wysiłek odbierał dech, zabierał powietrze z płuc. Jeszcze trochę jeszcze tylko trochę.
Powinien polecieć? Czy on miał w ogóle skrzydła?
Krok za krokiem, sus za susem.
Zatrzymał się.
Jak skończył w tej sytuacji?
Musiał się skupić, korytarz był prosty, ale był tak daleki, może istniała inna droga.
Skup się, skup się, skup się.
Chciał spojrzeć na łapy, w czym on się tak taplał. Co mu przeszkadzało, nawet jeżeli wizje mogły nakładać się na siebie w wielu wymiarach, potrzebował wiedzieć, by wiedzieć jak się wydostać, jak móc ochronić jajo, jak dopaść złodzieja.
Może była inna droga, może był zakręt który musiał pokonać.
Skup się, skup się, nawet jeśli jego umysł sam go niszczył, skup się w jednym miejscu jedna rzecz, jedna wersja rzeczywistości, jak wydostać się dalej. Jak wydostać się z mułu, czy cokolwiek go trzymało.
Jak dostać się i uratować jajo.
Daj się uratować skoro prosisz o pomoc!

?!

: 29 lis 2025, 19:15
autor: Trop ku Wieczorowi
Miał kontrolę nad tym elfem. Jako smok był silniejszy mentalnie od jakiegoś tam dwunoga! Uwolnił wszystkie zwierzęta jakie tylko zdołał, niestety ich stan był gorszy niż się spodziewał. Rozglądał się wokół, patrząc czy ktoś aby nie zareagował na jego jego wołanie albo czy któreś z tych zwierząt nie zachowywało się nietypowo. Ten bies! To nie była normalna reakcja na uwolnienie się! Ale ze wszystkich zwierząt on był w najgorszym stanie. W zasadzie nie wiedział czy jest w stanie go uratować... Ale co jeśli to właśnie był Vunud?
Ewidentnie chaos był już absolutny. Nikt nie zwracał na niego uwagi. Całą siłą swojej woli Valnar podbiegł swym elfim ciałem do biesa i przyklęknął po nim starając się zatamować krwawienie swoją dziwną, gładką łapą. Czym ono w ogóle było? Jaka to była rana? Rozejrzał się wokół za czymkolwiek czym mógłby przykryć krwawiące miejsce. Może mógł użyć swoje.... dwunogi nazywają to ubraniem. Cokolwiek tylko by pomóc temu stworzeniu!

?!

: 29 lis 2025, 23:34
autor: Narrator
[SKAZA GRANATU] & [GWIEZDNY TROPICIEL]

Świat wokół Hissetha drżał jak rozciągnięta, popękana błona, a biedak nie był pewien, czy czołga się po skalistej ziemi, czy zanurza łapy w lepkiej, smolistej brei z cudzych cierpień. Raz widział własne łuski, raz ciało konającego biesa, w którym był uwięziony. Wciąż słyszał echo czyjegoś śmiechu: Czarciego Pomiotu? Matki? A może dziadka, symbolu dobrego przywództwa, do którego tak dążył? Głosy jego rodu odzierały go z sił – głosy, które mówiły, że jest porażką, ciężarem, niegodnym przywódcą.

A jajo wciąż wołało. Cicho, natarczywie, żałośnie. Płakało, prosiło o ratunek, który przecież nie nadejdzie... a w piersi wojownika coś pękało raz za razem, gdy i tutaj czuł się niewystarczający. Jemu też nie mógł pomóc...

Wtem poczuł zimno tam, gdzie bolało najbardziej. Wpierw oddech szarpnął mu płuca, ale szybko zrozumiał, że nie był to dotyk, który miał go zranić jeszcze bardziej.

– No dalej… wytrzymaj… proszę…

Valnar nie rozpoznawał swojego głosu, a jednak współczucie, które nie należało do tego miejsca, ani ciała, zdawało się czerpać z jego nadziei, że pomaga własnemu synowi.

Bies spróbował unieść głowę, choć jego oczy już zamykały się pod ciężarem powiek. W nich Tropiciel zamiast odbicia twarzy elfa zauważył pysk swojego przywódcy. Widział to, co on słyszał. Te paskudne wątpliwości zżerające go od środka, zżerające każdego młodego przywódcę. Widział jego strach ze Skał Pokoju, niemal czuł go jak własny, ale razem z nim była też ta determinacja, by wszystko doprowadzić do końca, by nie zawieść stada. Tyle że właśnie pękała na jego oczach, zastępowana przez rój negatywnych emocji, zwątpienia, cierpienia i krwi. Tylko czy na pewno były jego? Natomiast sam Hisseth widział nadal tę samą karuzelę okrucieństwa, spodziewajac się, że palce tamujące jedną z wielu ran zaraz wbiją się głębiej.

Valnar pochylił się, zauważając, że spod lewej powieki zwierzęcia ściekała pojedyncza łza. Kropla spadła na bok pyska zwierzęcia, ale zamiast wsiąknąć w skórę, skrystalizowała się, z cichym stuknięciem lądując na kamiennej posadzce.

A kiedy łowca ocknął się w rzeczywistości, miał ją w łapie: kryształową, niemal pulsującą od środka.

Ale kiedy Hisseth przebudził się w swoim prawdziwym ciele, coś było nie tak.

– –

efekty:
Hisseth poza traumą na całe życie, którą może odgrywać jak tylko zechce, obudził się z dziwną zmianą na ciele. Czerwone łuski na spodzie jego ciała lśnią gęstą, świeżą krwią, spływającą po nich wolno, jakby była żywa. Krew nie wsiąka w ziemię, a dotknięta jest jak powietrze. Ale pachnie jak krew.

Efekt: +4 ST percepcji gdy wypadnie drapieżnik na polowaniu, +2 ST do kamuflażu.

Valnar: Łza Łaski* – gwarancja przeżycia w przypadku rany krytycznej lub śmiertelnej Skazy Granatu, ale z maksymalnym kalectwem. Łzę należy fabularnie wręczyć uzdrowicielowi w momencie leczenia (w innym wypadku nie da się jej przekazać). Uzdrowicielowi takie leczenie nie wlicza się do osiągnięcia Wysłannika Erycala.



[NIEME PRZEKLEŃSTWO] & [WICHROGŁOS]

Rzeczywistość powoli rozpadała się pod łapami Rairisha i nogami Vunnuda, a warstwy wspomnień przesuwały się po sobie niczym piasek i popiół; to, co należało do elfa i gońca, zlewało się z tym, co należało do smoka, a instynkty drapieżcy spuszczone ze smyczy nie znały litości.. Rairish – albo raczej to, co z niego zostało w tej chaotycznej mieszaninie – nie rozróżniał już, kto był ofiarą, a kto oprawcą. Czuł jedynie pulsującą euforię mocy, rozkosz zdobytą mięśniami ciała, które pozwalało mu polować bez ograniczeń czy strachu.

Elf pędził w dół wąskich schodów, niemal potykając się o własne szaty. Elred? Vunnud? Panika wdzierała się w ten iluzoryczny komfort jak ostry kamień w miękką skórę. Uciekaj, uciekaj, nie patrz, nie zatrzymuj się – ale biedak nie wiedział już, czy to jego własne słowa, czy echo smoczego instynktu, który próbował mu wmówić, że życie można ocalić tylko biegiem.

W tym czasie świat gońca zwęził się do jednego punktu – pleców elfa, odsłoniętych i bezbronnych. Zjeżdżające niżej schody prowadziły w ciemność, lecz zanim Vunnud zdążył w nią zniknąć, Rairish skoczył. Pazury zgrzytnęły o kamień, gdy wybijał się z ostatniego stopnia, a potem przyciągnęła go w dół sama masa ciała drapieżnika, lądująca na ofierze.

Uderzył w elfa pełnym impetem.

Razem stoczyli się po dwóch, trzech schodkach. Drapieżnik wgryzł się w bark dwunoga, ale nie tak głęboko, by zabić – choć wciąż z siłą, która sprawiała, że każda część umysłu elfa krzyczała, że to koniec ucieczki.

Krew buchnęła z rany w gwałtownym, gorącym strumieniu, a ból nie tyle przeciął, co roztrzaskał świadomość elfa, zmiatając ją w jedną, krótką, oślepiającą smugę końca. Ciało Vunnuda zwiotczało w ułamku sekundy, zanim zdążył zrozumieć, czy to jego imię, czy Elreda przestaje należeć do żywego.

Rairish jeszcze przez moment szarpał zdobyczą, oślepiony triumfem drapieżcy, nieświadomy, że impet skoku nie zatrzymał się na martwym ciele. Goniec toczył się z ciałem zdobyczy dalej, uderzając głową w kamienną krawędź z tak brutalną siłą, że echo wstrząsnęło całym korytarzem.
– –

efekty:
Rairish ma -2 ST do akcji w towarzystwie Vunnuda.
Vunnud ma +2 ST do akcji w towarzystwie Rairisha.

Towarzystwo = aktywne przebywanie w jednym temacie.

Vunnud zyskuje biegłość językową: staroelficki znany i wiedzę tajemną (PW z dalszymi instrukcjami). Fabularnie ma delikatne rozszczepienie świadomości i mieszają mu się niektóre fakty czy wspomnienia z tymi Elreda (również więcej na PW).

Rairish może przebywać na pustyni więcej czasu bez spełnienia mechanicznych wymagań (nadal obowiązują go czasowe limity tak jak osoby, które te wymagania spełniają). Odzyskuje także wąsy, choć są one pokryte malutką łuską, a nie futrem/skórą.



[WARKOCZ KOMETY] & [BUDOWNICZY RUIN]

Palący żar sączył się przez popękaną skórę błotoryja a Wasak – choć nie był właścicielem tego ciała – czuł każdą rozchodzącą się falę bólu aż do granic obłędu. Znosił ją jednak bardzo dzielnie. Do tego wyczuł, niemal słyszał drżącą sylwetkę nieopodal, która należała do małego, wątłego stworzonka.

Jednoskrzydłe ptaszątko ledwo utrzymywało równowagę po upadku ze stołu, a ból rozrywał mu świadomość na szwy. Ruszył więc w stronę najciemniejszego kąta pomieszczenia, kierując osłabione łapki na ślepo, byle dalej od drapieżnika, którego nie potrafił rozpoznać.

Ale ropuch skupił się na innym, nieco głośniejszym dźwięku od strony, z której zeskoczył myszolot. Zebrał resztki sił, starając się oddzielić brzęczący instynkt żaby od własnej panicznej determinacji, i strzelił jęzorem, który niestety uderzył w coś z głuchym brzdękiem. Co to było? Jakaś bariera? Ale skąd?

Tak czy inaczej, cios w ochronną powłokę odbił cały impet z powrotem do żabiego ciała, przewracając go na grzbiet. Tłuste cielsko nie zdołało się już podnieść. Metal syknął po raz ostatni, nim kotlina znów przywitała piastuna.

Sparaliżowany strachem myszolot obserwował tylko jak język cofa się bezwładnie, a żaba drży w konwulsji. Serce ptaszka również przyspieszyło, niewydolne w małym ciałku pełnym paniki i bólu, aż w końcu… zatrzymało się.

– –

efekty:
Nari w obecności Wasaka ma +2 ST do wszystkich akcji. Na jego barkach wyrosły małe, karłowate nielotne skrzydełka. Mniej więcej visual.
Wasak fabularnie jest odporniejszy na wysokie temperatury i oparzenia. Mechanicznie rany powiązane z żywiołem ognia zadają mu obrażenia o oczko niżej (ciężka to średnia, średnia to lekka itd.) Dodatkowo ma nieco wydłużony język.


KONIEC: wszyscy budzą się w Kotlinie, a bariera zniknęła.

+3 PF dla Tropiciela.
+6 PF dla pozostałych.

Wszystkie efekty mechaniczne i fabularne trwają do końca grudnia '25. Fabularne kosmetyczne zmiany są na stałe.

pingi