__
__A więc jednak tchórz miał w sobie odwagę; siłę, o którą nie posądzałaby mizernie wyglądającej samicy Słońca przy pierwszym wrażeniu. Brązowe ślepia Triady zalśniły, jakoby z jakąś formą... Uznania. Ale i rozbawienia, które ukazało się w subtelnie unoszącym się kąciku pyska.
– Frasujesz się niepotrzebnie. Nie jest moją intencją zdobywać względy. – odpowiedziała gładko, cofając szyję, przywracając łeb do swojego pierwotnego ustawienia, górującego nad mniejszą, acz znacznie starszą istotą. – Badam grunt pod łapami, ale cel badań jest bardziej... Rozbudowany, aniżeli szukanie ciepła na najbliższą noc.
Odsunęła się o krok, utrzymując uniesiony łeb; jakoby spoglądając teraz na Miód z jakąś dozą aroganckiej wyższości, chociaż ton głosu wywerny wcale na to nie wskazywał. Co więc było prawdą? Arogancja czy pokorna akceptacja?
– Widziałam, że jesteś zagubiona, stąd podarowałam ci kwiecie – inicjatywę. Teraz... Teraz możesz ruszać dalej, tam, gdzie zamierzałaś, a gdzie zabrakło ci początkowo sił. – zakończyła, lekko skłaniając łeb przed Słoneczną, nim ich drogi się nie rozeszły. Czy jej celem było faktycznie pchnąć Arel, nadać jej odwagi? A i owszem, ale jej motywacja ku temu przesiąkała egoizmem, który wcale jednak nie wynikał z chęci zdobycia chociażby ochłapów jej serca.
Nie, motywacje Triady były inne i... Hmm.
Czy na pewno gorsze?
__Podeszła spokojnym, gładkim krokiem do rozłożystego drzewa, okrążając je półkolem, patrząc z bliska na mijane wianki. Zatrzymała się przy tym, który ukoronowany był liśćmi dębu i skrytymi pod nimi, ledwo dostrzegalnymi, trującymi jagodami. Uśmiechnęła się półgębkiem. Urokliwy sentyment. Przyozdobiony brutalnie magicznym szronem, od którego wibracje maddary wciąż zdawały się ulatniać, mieszając z zapachem obcym... Nie, znajomym. Tak, znała tę samicę. Miała nieszczęście stoczyć z nią przegrany pojedynek, wcale nie tak dawno.
__Czarny obłok gęstego, siarczystego dymu umknął jej z nozdrzy, owiewając lodowy wianek. Drobinki żaru uderzające w szronowe liście, wpierw uwalniając je z okowów lodu, a potem i tak skazując na śmierć w krótkim, zabójczym i zdradzieckim ataku gorąca.
Nic po Tobie nie zostanie.
Hmph.
– Nie przybył nikt, by kochać, choć płonęło milion świec... – zamruczała cicho, wyciągając w stronę skutego lodem wianka swoje lewe skrzydło. Trzy chwytne palce owinęły się wokół niego – delikatnie, tak zabójczo delikatnie, a jednak z niezwykłą determinacją.
Okruchy kruszącego się lodu kłuły ją w delikatną skórę pod pazurami.
Piękne.
Spojrzała na arcydzieło, które powoli umierało w jej uścisku, kochającym tak toksycznie, że aż niszczącym – i odwróciła się, by opuścić drzewo, wzbijając w powietrze.
Uwalniając kruszące się odłamki w przestworzach, oferując im podróż w nowe zakątki świata.
__A więc jednak tchórz miał w sobie odwagę; siłę, o którą nie posądzałaby mizernie wyglądającej samicy Słońca przy pierwszym wrażeniu. Brązowe ślepia Triady zalśniły, jakoby z jakąś formą... Uznania. Ale i rozbawienia, które ukazało się w subtelnie unoszącym się kąciku pyska.
– Frasujesz się niepotrzebnie. Nie jest moją intencją zdobywać względy. – odpowiedziała gładko, cofając szyję, przywracając łeb do swojego pierwotnego ustawienia, górującego nad mniejszą, acz znacznie starszą istotą. – Badam grunt pod łapami, ale cel badań jest bardziej... Rozbudowany, aniżeli szukanie ciepła na najbliższą noc.
Odsunęła się o krok, utrzymując uniesiony łeb; jakoby spoglądając teraz na Miód z jakąś dozą aroganckiej wyższości, chociaż ton głosu wywerny wcale na to nie wskazywał. Co więc było prawdą? Arogancja czy pokorna akceptacja?
– Widziałam, że jesteś zagubiona, stąd podarowałam ci kwiecie – inicjatywę. Teraz... Teraz możesz ruszać dalej, tam, gdzie zamierzałaś, a gdzie zabrakło ci początkowo sił. – zakończyła, lekko skłaniając łeb przed Słoneczną, nim ich drogi się nie rozeszły. Czy jej celem było faktycznie pchnąć Arel, nadać jej odwagi? A i owszem, ale jej motywacja ku temu przesiąkała egoizmem, który wcale jednak nie wynikał z chęci zdobycia chociażby ochłapów jej serca.
Nie, motywacje Triady były inne i... Hmm.
Czy na pewno gorsze?
__Podeszła spokojnym, gładkim krokiem do rozłożystego drzewa, okrążając je półkolem, patrząc z bliska na mijane wianki. Zatrzymała się przy tym, który ukoronowany był liśćmi dębu i skrytymi pod nimi, ledwo dostrzegalnymi, trującymi jagodami. Uśmiechnęła się półgębkiem. Urokliwy sentyment. Przyozdobiony brutalnie magicznym szronem, od którego wibracje maddary wciąż zdawały się ulatniać, mieszając z zapachem obcym... Nie, znajomym. Tak, znała tę samicę. Miała nieszczęście stoczyć z nią przegrany pojedynek, wcale nie tak dawno.
__Czarny obłok gęstego, siarczystego dymu umknął jej z nozdrzy, owiewając lodowy wianek. Drobinki żaru uderzające w szronowe liście, wpierw uwalniając je z okowów lodu, a potem i tak skazując na śmierć w krótkim, zabójczym i zdradzieckim ataku gorąca.
Nic po Tobie nie zostanie.
Hmph.
– Nie przybył nikt, by kochać, choć płonęło milion świec... – zamruczała cicho, wyciągając w stronę skutego lodem wianka swoje lewe skrzydło. Trzy chwytne palce owinęły się wokół niego – delikatnie, tak zabójczo delikatnie, a jednak z niezwykłą determinacją.
Okruchy kruszącego się lodu kłuły ją w delikatną skórę pod pazurami.
Piękne.
Spojrzała na arcydzieło, które powoli umierało w jej uścisku, kochającym tak toksycznie, że aż niszczącym – i odwróciła się, by opuścić drzewo, wzbijając w powietrze.
Uwalniając kruszące się odłamki w przestworzach, oferując im podróż w nowe zakątki świata.
- ━━━━━━━━━━
:: Gorzki Miód :: Tonacje Deszczu ::
[zt]










