Strona 1 z 1

Zemsta Ołtarza Wyniesionych

: 23 cze 2026, 14:47
autor: Narrator
Veir wiedziała kogo szukać i gdzie szukać. Problem polegał na tym, że wielka pustynia o której tyle słyszała, stała się...

Cóż, formalnie nadal była pustynią, ale zrobiło się tu nieco... tłoczno. Znikąd pojawiły się wielkie budowle, zdające się sięgać nieba. Z białego kamienia, z cegły, z drewna – było tu wszystko i nic, a zarazem brakowało temu jakiejś artystycznej duszy.

Jednocześnie nie wyczuwała żadnych zapachów, ani nie słyszała żadnych głosów. Jakby ta metropolia była pusta


Trochę się pozmieniało... przynajmniej było więcej cienia, zawsze coś, Veir nienawidziła gorąca. Przyglądała się tym budowlom i niektóre były prawie ciekawe, ale jednak faktycznie, czegoś brakowało.
~ Varnil, może tobie będzie łatwiej. – Wysłała mentalnie kompanowi, no bo jakimś dziwnym cudem Ateral przywrócił jej umiejętność mówienia... magią! Puściła swojego rosomaka, żeby szukał. Sama też się rozglądała, powinna tutaj nieźle świecić tym całym szkłem na sobie, jak przenośna latarka.


Veir weszła między budynki, ale nadal nie było tu żywej duszy. Varnil nie wyłapywał również niczego – nawet najmniejszego zapachu świadczącego, że ktokolwiek żywy był w okolicy.

Ale czy stary znajomy Horgifellki w ogóle roznosił wokół siebie jakiś zapach...? Gdy tak próbowała wrócić do tego pamięcią, nie kojarzyła go z żadnym, przynajmniej nie w jego prawdziwej formie. Jako wielbłąd czy mysz zawsze śmierdział futrem


Faktycznie Błąd pachniał... jak piasek, czyli nie za bardzo pachniał.
Zaczęła się przyglądać tym budynkom. Uderzyła w jeden pięścią, ale nie tak, żeby sobie zrobić krzywdę, co najwyżej jakieś siniaki. Wpadła na pomysł, że to przecież może być iluzja! Widziała kiedyś coś podobnego, w wykonaniu innego duszka za barierą, był bardzo przekonujący, pokazał jej nawet (za jej życzeniem) iluzję terenów z państwa, z którego pochodziła, czyli Horgifell. Nie miała jednak Oka Nehalanii z gry Wiedźmin 3, dlatego odczarowywanie iluzji mogło być trudniejsze, niż się wydawało. A jeżeli to nie to? Najwyżej pójdzie dalej szukać i szukać zasięgu.


Cóż, dobrze, że budynki nie robiły twardego bloku, bo zdecydowanie nie była to iluzja. Pięść Veir nie rozbiła się o powietrze, a o faktyczny kamień.

No wiesz – odezwał się znajomy głos.

Gdy spojrzała w górę, mogła zauważyć unoszącego się w powietrzu Błęda, z rękoma głęboko wsuniętymi w kieszenie.

Przypominasz sobie o moim istnieniu po tylu księżycach i pierwsze co to psujesz moje zabawki? – zacmokał urażony.


~ Nie widziałeś jak ci upiększyłam kapliczkę? Zostawiłam ci nawet nowy kapelusz. – Zapytała mentalnie, nie mogąc przywyknąć jeszcze do tego, że mogła znowu mówić... tak jakby! Cieszyła się, że Błąd się znalazł, mimo iż nie dawała tego po sobie poznać, to jednak smutno by jej było, gdyby się okazało, że nie żyje.
~ Ładnie się tu urządziłeś... ale dodałabym więcej detali, malowideł, rzeźbień. Może szkła, albo ozdobnych kamieni szlachetnych. – Skomentowała, bo znała się na dekoracji wnętrz jak mało kto.


Hmpf, po tym jak trójka bogów kręciła się po waszych terenach wolałem tam nie zaglądać – przyznał.
Ożywił się na jej uwagi dotyczące wystroju pustyni.
Powinienem był porwać jakiegoś architekta, mm? – zamruczał z rozbawieniem. - To moja trzysta osiemdziesiąta piąta próba, a nadal nic mi nie pasuje. Nie wiem jak ludzie to znoszą, co za badziewie.
Pstryknął i otaczające ich budynki zniknęły.


~ Jak to trójka bogów kręciła się po naszych terenach... Sennah, Naranela, a kto był trzecim? – Sennah mieszała z pogodą, Naranlea zrobiła jajko tak jakby, także tutaj naliczyła dwóch, ale może lepiej, żeby była bardziej nieświadoma niż jest.
~ Nie podoba mi się, że duszki muszą się ukrywać przed tymi gargulcami z wybujałym ego. – Westchnęła, może gdyby była młodsza, to miałaby siłę zrobić jakąś rebelię duszków, ale to już nie na jej stare kości.
~ Tak się składa, że jestem architektem... tak jakby. Bardziej znam się na budowaniu światyń i kapliczek, ale mogę coś doradzić. – Zaproponowała.
Varnil tymczasem właśnie trochę jak pies (ostatnio to w ogóle jak pies się zachowywał) chciał oznaczyć teren jako swój na jednej z budowli Błędu, ale zniknęła gdy zaczął, to też rosomakowi mowę odjęło i zamarzł na chwilę w bezruchu!


Przyjrzał się jej badawczo.
Sennah tam nie było – zaśmiał się, kręcąc lekko głową.

Cóóóż, za to możesz podziękować mojemu dobremu przyjacielowi – odpowiedział lekko. – Trochę narozrabiał i nastąpiła odpowiedzialność zbiorowa. Bogowie nie odważyli się wygonić tylko tej starej ropuchy od krzaków i jej rodzeństwa, z oczywistych powodów.

Wytrzepał sobie rękaw, machając olewczo ręką.
Nie trzeba, to i tak tylko sposób na zabicie nudy. Lepiej mi powiedz co cię do mnie sprowadza, bo raczej nie- oooooooooooh.
Znalazł się nagle przy jej głowie i nachylił twarzą do jej pyska.
Umarłaś.
Fajna ta blizna, choć dla mnie czerń Tarrama była ładniejsza.


~ Może lepiej, że nie wiem... – Stwierdziła. Wystarczy jej nerwów na starość, osiwiałaby całkowicie z tych jasnoniebieskich miejsc na futrze, które jej jeszcze zostały, kiedyś ładnie zdobiły jej ciało, jak centki lamparta.
~ Duszki powinny mieć swoją enklawę i przedstawiciela... ale w tej chwili to jak ukłucie pazurem śpiącego, białego niedźwiedzia. – Wytłumaczyła mentalnie. A proszę, tej mendy z ogonem małpy się boją, dobrze wiedzieć.
~ To było... dziwne przeżycie. Jak jeden, długi sen. Nie jestem nawet pewna co mnie zabiło, ale chyba ja sama. – Stwierdziła po chwili zastanowienia.
~ Najbardziej pasowałoby coś krwistego, w stylu Ognvara. I tak, sprowadza mnie do ciebie prośba, bo widzisz... muszę się na kimś zemścić. – Zaczęła. ~ Ale nie przeczę, że chciałam się upewnić, że wszystko z tobą w porządku. Brakuje nam ciebie na naszych terenach, przynajmniej mi i mojej rodzinie. Reszta nie docenia twoich zasług na rzecz naszego stada i woli od ciebie bogów.


Oszczędzę ci tej wiedzy – odparł w sprawie jej śmierci. – Twoja duma mogłaby tego nie przeżyć, horgifellko.

Prychnął cicho na jej kolejne słowa.
Nie pomagałem wam z dobroci serca, zdajesz sobie z tego sprawę? – upewnił się. – Ani po to, by zbierać czyjąś wdzięczność. Miałem już swój kult, to nic ciekawego.

Podłubał sobie ostentacyjnie palcem w nosie.
Zemsta, mówisz? – pociągnął. – Zamieniam się w słuch.


Veir westchnęła, wzięła głęboko powietrze w płuca i chwilę przemilczała. Brzmiało to jakby miała zaraz wybuchnąć, ale po prostu próbowała powstrzymać się od tego, by dowiedzieć się, co też bogowie u nich robili.
~ Mimo wszystko, pomagałeś nam, Horus zawsze dobrze o tobie mówił. – Odpowiedziała krótko. Nie rozumiała też dlaczego Błędowi nie zależy na kulcie i wyznawcach... to przecież mało boskie. W Horgifell wszystko kręci się wokół wyznawców i kultów.
~ Jesteśmy tutaj... bezpieczni? Może zakryj nas tymi budowlami i zrób, żeby nie przepuszczały dźwięków. Słońce nas widzi. – Spojrzała się wymownie na górę i zaakcentowała mocno słowo "Słońce".


Ah, nie przejmuj się. Twoje Słońce znalazło sobie niedawno nową zabawkę.
Hooh. Czyżby twoja zemsta dotyczyła bogini Lata?


Skinęła Błędowi głową.
~ Ta jędza mnie zhańbiła, Błąd. Najbardziej jak się da. Jakby elfy złapały krasnoluda i zgoliły mu brodę. Odebrała mi nieśmiertelność, zamieniła mój język w larwę, sprawiła, że nie mogłam mówić. Po śmierci pasożyt odpadł, ale przez kilkanaście księżyców wił się w moim pysku i żył własnym życiem. Muszę odzyskać swój honor. – Powiedziała. Gotowało się w niej, miała ochotę w coś uderzyć.


Skrzyżował ramiona i postukał palcami w przedramię, przechylając głowę tak mocno, że jego policzek dotknął niemal jego obojczyka.
Wiesz, o co mnie właściwie prosisz? – zapytał ją, mrużąc pozbawione źrenic czerwone ślepia. – Gdyby zaszkodzenie bogu było takie proste, nie siedziałbym na tym zadupiu.


~ Dlatego najpierw ci w czymś pomogę. I tak nakazywałaby to resztki mojego honoru. A potem... muszą istnieć jakieś sposoby, prawda? Może słyszałeś o jakichś sposobach na uprzykrzenie życia bogom? Oddam wszystko, co mi zostało. – Stwierdziła, będąc pewna swoich słów.


Tssk.
To nie kwestia twojej pomocy, złotko. Zrobiłbym to za darmo, z czystej sympatii do Ciebie, gdybym tylko miał tę możliwość, ale moja magia polega na równej wymianie. Prosisz o coś dużego, ale nie jesteś w stanie za to zaklęcie zapłacić ani go w żaden sposób zasilić.

Przez jego oczy przemknęła nagle jakaś myśl.
Chyba że..
Hmpf, nie. To nietaktowne ci coś takiego proponować.


~ Moglibyśmy zawsze... – Stwierdziła. Chciała już zaproponować porwanie kilku wieśniaków, żeby wyssać z nich co się da, jakby ich jakiś wampir dopadł. Może też by zadziałało, chociaż nie była pewna jak dokładnie działa magia Błędu. Może dana osoba musi osobiście coś oddać? Właściwie pewnie tak jest, bo inaczej Błąd już dawno porywałby wieśniaków.
~ To, co nietaktowne już się nie liczy. Zrobię wszystko, nawet zapalę świeczki pod pomnikiem Kammanora. ~ Stwierdziła.


Błąd i tak zajrzał w jej myśli, bo był zbyt ciekaw tego, co ma do powiedzenia, a jej myśl go tylko zawiodła.
Dobrze kombinujesz, to musi być nieprzymuszona dobra wola. A poza tym ludzie są bardzo mało wydatnym paliwem. Na szczęście ich życzenia zwykle są proporcjonalnie nietrudne do spełnienia. Bogactwo, uroda, władza... – wyliczał na palcach ze znużeniem.
Nabrał powietrza przez nos, gdy czarodziejka zadeklarowała gotowość do wszelkich poświęceń.
Widzisz, najpotężniejszą magią tego świata jest śmierć. Albo raczej życie. Ostateczne oddanie tego, co dla ciebie najcenniejsze, działa jak najlepszy katalizator magiczny.

... problem w tym, słońce ty moje, że tobie nie zostało go za dużo, więc taka ofiara byłaby nieadekwatna.

Wylądował na ziemi i zadarł głowę, by na nią spojrzeć z dołu.
Masz jednak coś, co jest bezcenne. Użycie tego nie tylko pozwoli ci zagrać Latu na nosie, ale odciśnie stałe piętno na Kammanorze i jego rodzinie.


~ Inaczej byłoby zbyt pięknie. A ludzie, cóż, wszyscy tacy sami. – Kiedyś żyła razem z ludźmi, nawet niektórych szanowała, potem przyszło Rathen i tak właśnie Veir została rasistką, nienawidzącą wywern (dzięki Infamia) i ludzi.
~ Jak wiara. Dla boga najcenniejsi są ci wierni, którzy oddali za niego życie. Krew przy ołtarzu może dać każdy, mniej osób może ofiarować swoje kończyny, ale tylko nieliczni wybierają tą ostatnią opcję. – Stwierdziła po Błędzie. Już wiedziała o co chodzi, chociaż ostatecznie nie zdecydowała. W jej państwie to właśnie o wojownikach ginących w boju, wykrzykujących imię Ognvara i ginących za niego w walce z silniejszymi oponentami, to właśnie ich ceniono najbardziej i śpiewano o nich ballady.
~ Chyba rozumiem, co proponujesz. Kammanor zszedł jednak na drugi plan. Najważniejsze, by Sennah jak najbardziej ucierpiała. – Stwierdziła. Była w szoku, ale Kammanor to w tym momencie mniejsze zło.
~ Jak dokładnie mogłoby to wyglądać? – Zapytała. Najpierw trochę stres w nią uderzył i szyja zaczęła boleć, ale nabierała coraz więcej pewności siebie.


Ach, nie to miałem na myśli... – powiedział ściszonym tonem, jakby to, co miał jej powiedzieć, nawet go w jakiś sposób zakuło ze względu na ich relację.
Chodziło o twoją duszę, Veir.


Myśląc o Bramie na pewno nie miała nic złego na myśli, wręcz przeciwnie – bardzo dobrze wspominała tamtą chwilę, największe więzi zawiązywało się właśnie podczas takich momentów, gdy wspólnie zaglądało się w oczy śmierci.
~ Och. Czy to znaczy, że trafię do Khainak? [Jakby Błąd do jej myśli zajrzał to to taki horgifellski odpowiednik piekła, tylko jeszcze gorszy] – Zapytała. To trochę zmieniło postać rzeczy.
~ Muszę to przemyśleć. Daj mi... chwilę. – Powiedziała. Zamierzała tak, o, chodzić sobie przez może kwadrans i rozważać za i przeciw. To na pewno bardzo wysoka cena, gdyż zawsze chciała ponownie spotkać się z Horusem w zaświatach. Dusza jednak to wykluczała.


Nie... niezupełnie.
Zacisnął usta i spojrzał w górę. Czyżby ją tak polubił, że ciężko mu to przechodziło przez gardło.?
Przestaniesz istnieć, Veir. Nigdy się nie zreinkarnujesz, nawet jeżeli to z perspektywy śmiertelnika marna sprawa, bo i tak niczego nie pamiętacie z poprzednich wcieleń. Twój duch nigdy nie spotka się z żywymi, jak na przykład ten.. jak mu tam, Iluna? – potrząsnął głową, bo mało go interesował tamten plagijski paproch.

Ale.. unicestwienie jej byłoby wystarczającą ceną za zniszczenie jedynego ciała, jakie Sennah posiada po swojej karze za to, co zrobiła Naranlei. Co najmniej uszkodzi też jej iskrę, więc jej kontakt z żywymi będzie wielce ograniczony, o ile nie niemożliwy.

Być może kiedyś znajdą się smoki chcące jej pomóc, ale patrząc na to, jaką ma opinię, raczej nie liczyłbym, że nastąpi to prędko. O ile w ogóle.
Czy twoja zemsta jest tego warta?


Och... czyli było jeszcze gorzej niż zakładała. Chociaż to kwestia sporna, czy lepiej nie istnieć, czy istnieć w nieskończonych męczarniach, być może obie wersje są równie złe.
Veir myślała przez dłuższą chwilę, o swoich dzieciach, wnukach, przyjaciołach, przede wszystkim o swoim Horusie, za którym bardzo tęskniła i żałowała, że nie poszła z nim tamtego dnia. Westchnęła, wzięła głęboki wdech.
~ To trudna decyzja, ale zgadzam się. Horus pewnie by mnie za to potępił, ale mam nadzieję, że jeżeli gdzieś tam jest i patrzy, to to zrozumie. – Powiedziała w końcu, łapy jej drżały, ale wiedziała, że nawet gdyby teraz odeszła... i tak spokojnie nie dożyłaby swoich dni. Nie miałaby honoru w zaświatach, Sennah pozostałaby nieukarana.


Jak cię to pocieszy, jestem pewien, że podzielę twój los – wyszczerzył się. – Immanor nie przyjmie dobrze wieści, że kawałek jego mamuśki został nieodwracalnie unicestwiony.


~ Nie, nie mogę cię wziąć ze sobą w otchłań... ale mam pomysł. Nadal potrafisz mieszać wspomnienia? Swoją drogą, nadal nienawidzę chleba i ludzkich wypieków. Pomyślałam, że może mógłbyś usunąć moje wspomnienia o tym spotkaniu. Może by cię nie namierzyli dzięki temu... – Zaproponowała. Chciała zapamiętać ostatnią rozmowę z Błędem, ale może dzięki temu jej przyjaciel nie podzieli jej losu.


Doceniam, moja miła, ale nie ma na tym świecie zbyt wielu istot zdolnych do tego, co byśmy zrobili.

Podskoczył i znów znalazł się na wysokości jej pyska.
Nie przejmuj się. Żyję na tym świecie bardzo długo, niemal tyle co sami bogowie. Widziałem już wszystko i jestem znudzony do reszty. Przez bogów straciłem przyjaciela, więc.. można powiedzieć, że choć trochę zagram im na nosie.


Przeszło jej przez myśl, żeby wgrać do jej głowy jakieś fałszywe wspomnienie, jak zawierała pod jakąś wierzbą płaczącą pakt z Alaleyą i zwalić na małpę całą winę, najchętniej na Kammanora, jeszcze pod ową wierzbę rozrzucić kawałki futra Veir, jakiś kawałek szkła i odciski łap, ale to nie przejdzie raczej. Ehhh.
~ Na pewno tego chcesz, Błąd? Niewielu mi zostało przyjaciół po tym co zrobiłam w Mgłach, nie chciałabym na to skazywać jednego z ostatnich. – Zaczęła. Veir raz w życiu płakała, może jeden i pół, a teraz coś tam w oczach jej się lekko wilgotno zrobiło, chyba wpadł jej piasek, tak, to przez tę pustynię na pewno!! Jak ona nienawidziła pustyni.
~ Zanim podpiszemy pakt ze śmiercią, łap. – Wyciągnęła z torby butelkę mocnego koniaku, zmieszaną z górskimi ziołami jej produkcji, dla smaczku. Sama wzięła łyczek, a potem przekazała butelkę Błędowi. Nie wiedziała, jak działa alkohol na duszki, ale można symbolicznie się napić.
~ Co tam właściwie u ciebie? Mówiłeś, że straciłeś przyjaciela. – Zagadała dalej, ale może Błąd nie chciał o tym mówić. Były zawsze lepsze tematy!


Ah. Szczerze nie jestem pewien, czy Immanor jest w stanie w pełni mnie unicestwić – wyjasnił. – Duszki, choć niejednokrotnie zabijane, ostatecznie się odradzają, podobnie jak smoki nic nie pamiętając z poprzedniego życia. Jesteśmy poniekąd częścią naturalnego porządku tego świata.

Złapał koniak i wziął łyka, krzywiąc się przy tym lekko.
Kto wie? – zarechotał. – Może, gdybym miał kolejne wcielenie, stałbym się Dobrym Pomysłem?

Zapytany o przyjaciela przesunął językiem po zżółkniętych zębach.
Fiain, Bachus... możesz go kojarzyć jako tego, któremu Sekcja Zwłok oddała iskrę Lahae. Viliar go dorwał i właściwie nie wiem co się z nim stało.


~ Jeśli szczęście nam dopisze – reszta panteonu nienawidzi Sennah przynajmniej w połowie tak bardzo jak ja. Bądź co bądź – zasłużyła. Zesłała skwar na tereny Mgieł, a potem przyszła fala pasożytów, wgryzających się w ciała. – Zaczęła. To ciekawe, co mówił Błąd o duszkach. To by oznaczało, że faktycznie byłby cień szansy, nawet zakładając ten najgorszy scenariusz. To ją trochę pocieszyło.
~ Hah, kto wie. Może nicość istnienia kiedyś przybierze imię Veir Bezbożna. – Odpowiedziała. Fiain, kojarzyło go. Był okryty raczej złą sławą, chociaż nie wiedziała, jakie ostatecznie intencje nim kierowały.
~ Och. Współczuję. Mam nadzieję, że go nie zabił, a trzyma go gdzieś w zamknięciu i być może ktoś go uwolni. – Odpowiedziała. Szczególnie w przypadku Błędu musiało to boleć, ile mógł mieć lat? Tysiąc? Kilka tysięcy? Taki przyjaciel, który mógłby mu przez sporą część tego czasu towarzyszyć to coś, co nie zdarza się często.
~ Ja z kolei przegrałam wybory w Mgłach. Chyba popełniłam błędy Infamii... ironia losu. – Odpowiedziała i wzięła kolejny łyczek, po czym ponownie, rytualnie oddała buteleczkę.


Oh, na pewno. Dam sobie kapelusz zabrać, że Immanor nie raz żałował włączenia w panteon tylu duszków. Zwłaszcza po tym, co Lato zrobiła jego córeczce.

Znów się napił.
Nie chciałabyś przewodzić temu stadu. Owce nigdy nie podążą za wilkiem.


~ Chociaż tyle. Pomodlę się za to, żeby cię nie dopadł. – Powiedziała. Immanor wydawał się najrozsądniejszym z bogów, głównie dlatego, ze ani razu go nie słyszała, dlatego akurat w to pokładała wiarę.
~ Może i tak... ale może owce potrzebują innej owcy. Może Rairish nie będzie taki zły, jak myślałam. – Dodała. Eh, być może myliła się co do niego.
~ Ciągle wspominam tą naszą wyprawę, ty, ja, Zhelre i Aoha. Tego ostatniego nienawidziłam, a potem zrozumiałam, że jest moim druhem, chociaż nie zdążyłam mu tego powiedzieć przed śmiercią. To były czasy, prawda? My przeciwko Rathen. – Napiła się dalej. Ta rozmowa jej bardzo pomagała ułożyć myśli w głowie.
~ Wiesz... nieśmiertelność nie jest wcale taka wspaniała. Żyłam tyle, co trzy smoki. Też pewnie tego doświadczyłeś – wszyscy umierają, a ty trwasz. W którymś momencie zaczynasz już tylko szukać nowych doznań, żeby coś poczuć. – Powiedziała, z własnego doświadczenia. Może nie żyła tyle co Błąd, ale jak na smoka było to bardzo dużo.


Heh. Trafiłaś w sedno, choć daleko ci do mojego żywota – przyznał, popijając z butelki. – Poniekąd dlatego nigdy się nie zżywałem ze śmiertelnikami. Ich życia są zbyt ulotne, a pamięć zbyt żywa.

Usiadł na piasku i spojrzał w górę na niebo.
Myślę, że mogę coś dla ciebie zrobić zanim zrealizujemy ten plan.
Między jego dłońmi pojawiła się kryształowa kula, którą niegdyś podarował Aosze.
Pamiętasz Aohę? Kiedyś mu to dałem, by zawsze mógł spojrzeć na swoją córkę, jakby nigdy nie dorosła.

Stuknął paznokciem w szkło, a wewnątrz zatoczył się kłębek czarnego dymu. Wręczył kulę smoczycy.
Przygotuję zaklęcie, które wczepię głęboko w twoje ciało. Użyję resztek tego, co zostawił mi Fiain. Był mistrzem kamuflażu – zaczął, pokazując brodą na kulę. – Będziesz miała kilka dni na uporządkowanie ostatnich spraw. A do tej kuli możesz zajrzeć, by obejrzeć ulubione momenty z twojego życia. Usłyszeć głos partnera, zmarłych przyjaciół...

Urwał na moment, grzebiąc znowu ręką w kieszeni z której wyciągnął zegarek.
Gdy wskazówka uderzy czwarty raz w to miejsce – wskazał na północ. – Czar się uruchomi. Upewnij się, że będziesz w świątyni na czas. I nikomu o tym nie mów, jasne?


~ Czyli duszki i smoki aż tak bardzo się nie różnią. – Przyznała. Może nawet i bogowie na to cierpią... dlaczego mają mieć poszanowanie dla smoka, jeżeli widzieli już ich tyle, co gwiazd na niebie?
Potem spojrzała z zaciekawieniem. Aoha... wciąż ją bolało, że tak źle go potraktowała.
~ Dziękuję, Błąd. Naprawdę. Słowa nie wystarczą, by to opisać. – Powiedziała i spojrzała w kulę. Chciałaby zobaczyć jeszcze raz jej pierwszą randkę i Horusa, gdy latali nad jeziorami, moment, gdy wykluł się Valnar i Hekate, ich pierworodni. Znowu jej się zwilżyły oczy.
~ Dobrze, nikomu nie powiem. Dokończę swoje sprawy. – Dodała, biorąc jeden z ostatnich łyków koniaku.
~ Wierzysz w przeznaczenie, Błąd? – Zapytała go jeszcze. Bo to było ciekawe. Czy sprawy musiały potoczyć się tak, jak musiały? A może istniało coś więcej niż przeznaczenie?


Nie ma za co. Powiedziałbym, że obyś znalazła spokój w swojej śmierci, ale w takiej sytuacji...
Oparł łokcie o kolana, zamyślając się nad jej pytaniem.
Nie, raczej nie. A ty?


~ Kto wie. Może nicość nie jest taka zła, na jaką wygląda? – Była już pogodzona ze swoją decyzją, zdając sobie sprawę w pełni z konsekwencji.
~ Z jednej strony tak... mówi się nam w Horgifell, że Ognvar kieruje smoki ku określonym ścieżkom, że plecie nici czasu i losu. Ale czy wtedy życiu nie brakowałoby... tego czegoś? Może oprócz przeznaczenia, potrzeba czegoś więcej. – Wzięło ją na filozofię.


Jeżeli pustka to bezkresna otchłań, to przynajmniej będę miał doborowe towarzystwo – puścił jej oczko.
Nie mogę pójść z tobą, ale będę patrzył z daleka – zapewnił, bo wbrew wszystkiemu miał niezgorszy wzrok.

Wskazał brodą na jedną z jej obręczy.
Myślisz, że możesz mi jedną zostawić?


~ W takim towarzystwie, na pewno będziemy się tam dobrze bawić. – Zapewniła go, lekko poklepując po barku.
~ Mam zatem nadzieję, że nasz plan się powiedzie i będzie co oglądać. – Dodała jeszcze i potem zastanowiła się nad jego pytaniem... właściwie czemu nie! Wymagało to trochę siłowania, ale zdjęła ostatecznie jedną z nich, tą górną oczywiście, bo było łatwiej. Błąd mógł zobaczyć, że futro nie wygląda zbyt ładnie pod obręczą, gdzieniegdzie widać było paskudne blizny po poparzeniach. Tradycyjny sposób tworzenia takich obręczy, zgodny z horgifellskimi rytuałami. Odsiewało się w ten sposób silnych od słabych.
~ Będzie ci w niej do twarzy, może jako... pas? – Stwierdziła. Najwyżej będzie mu spadać lekko z talii.


Zmarszczył nos na widok blizn, ale nic nie powiedział. Wziął obręcz, obejrzał ją, a potem przy pomocy magii skurczył, dzięki czemu pasowała mu na nadgarstek.
Poradzę sobie.

Wstał i się otrzepał.
To co, gotowa? Trochę mi to zajmie i będzie... wyjątkowo nieprzyjemne.
Oh... i... – zerknął na jej rosomaka.
Nie jestem pewien jak więź wpłynie na to, co zrobię. Może więc...


Och, ciekawa ta magia Błędu! Nie wiedziała, że może pomniejszać przedmioty. Ciekawe, czy w podobny sposób robił te budowle, tylko właściwie odwrotnie – najpierw lepiąc jakieś miniaturki, a potem je powiększając kilkunastrokrotnie.
~ Gotowa. – Zapewniła go.
~ Nie masz może jakichś znajomych, którzy szukają kompanów? – Spojrzała na Varnila. Najwyżej go wypuści. Nie była pewna, co dla rosomaka było najlepsze, bardzo się z nim związała, to w końcu jej pierwszy kompan, który był z nią niemal przez całe życie.


Niezbyt, ale mogę się w tę parę dni rozejrzeć. Szkoda go – stwierdził, kucając i głaszcząc rosomaka pod brodą.


Varnil ostatnio bardzo lubił pieszczoty, także łasił się prawie jak kot, tylko z takim morderczym wyrazem pyska.
~ Widzisz, Varnil? Może jeszcze kilka przygód przed tobą. – Sama pogłaskała rosomaka, wymiziała, poszarpała się z nim chwilę, Varnil tak lubił!


Błąd poczekał, aż Veir zerwie więź, a potem przyłożył dłoń do jej piersi.

Czarna magia sączyła się w głąb jej jestestwa niczym lodowaty, smolisty atrament, gdy mały duszek zaczął majstrować przy samych fundamentach jej istnienia. Każde dotknięcie jego eterycznych palców wywoływało w jej duszy upiorny rezonans – czuła, jakby ktoś powoli, włókno po włóknie, rozplatał jej własną tożsamość i wspomnienia, zamieniając je w surowe, pulsujące paliwo.

Odczucia były paradoksalne i przerażające. Z jednej strony paraliżował ją potworny, duchowy ból, przypominający rozrywanie żywcem, od którego jej niefizyczne gardło rwało się do niemego krzyku. Z drugiej jednak... czuła narastającą, nienaturalną potęgę. Błąd splatał jej esencję w gęsty, niestabilny węzeł czarnej magii, transformując całe jej duchowe dziedzictwo w gigantyczny ładunek wybuchowy.
Stała się żywym zapalnikiem potężnego, ostatecznego zaklęcia. Świadomość, że ta skumulowana w niej niszczycielska siła będzie w stanie rozsadzić powłokę boga, mieszała się z lodowatą pewnością, że w chwili eksplozji ona sama również przestanie istnieć – rozpadnie się w nicość, wymazana z cyklu na zawsze wraz ze swoją zemstą.


Zerwała więź z Varnilem, starając się zrobić to najłagodniej jak mogła. Potem rzuciła kompanowi jeszcze mięso, żeby miał co jeść po jej odejściu!
Och, definitywnie takich uczuć się nie spodziewała! Była gotowa jednak to znieść. Właściwie, bardzo przypominało to owy rytuał założenia obręczy, na swój sposób oczywiście. Czuła, jakby drugi raz tego księżyca umarła i odrodziła się na nowo. Kości zostały rzucone. A potem Veir... zwymiotowała, ciężko powiedzieć, czy przez pół butli koniaku, czy przez cały ten proces.
~ Uh, wybacz. Ale chyba już doszłam do siebie. – Stwierdziła, po czym przywołała jakąś wodę, żeby to zmyć. Przynajmniej trochę, biorąc pod uwagę, że maddara była nietrwała.


Cofnął się, żeby nie zarzygała też jego.
Nie ma sprawy. I tak zniosłaś dużo.
Staraj się.. nie korzystać z maddary. Nie wiem jak to wpłynie na twoje źródło, a szkoda by było zmarnować okazję na stworzenie krateru na środku obozu – parsknął.
Podejdź do pomnika. Nie powinno z niego nic zostać, gdy nastąpi eksplozja.


~ Zapamiętam. – Tak, to była cenna uwaga, gdyby wysłała mentalkę do córki, że zupę ugotowała i rozsadziła pół groty.
~ Tak myślałam. Jeszcze rozważałam, żeby prosić ją o wybaczenie, żeby wyszła ze swojego legowiska, ale to byłoby zbyt ryzykowne. – Powiedziała jeszcze.
~ Dziękuję jeszcze raz, Błąd. Za wszystko. Rada jestem, że cię spotkałam. – Poklepała go jeszcze i chyba... mogła iść? Na spotkanie z przeznaczeniem!


Uśmiechnął się do niej.
W ciągu tych tysięcy księżyców, jakie przeżyłem, ty i Mahvran byłyście najbardziej interesującą rzeczą, jaka mogła mi się przytrafić.
Nie był najlepszy w pożegnaniach, więc tylko przesunął dłonią wzdłuż jej szyi.
Bywaj, Veir.
Wziął Varnila pod pachę..
Obrazek


Im starsza była, tym bardziej uświadamiała sobie, że jednak ona i Mahvran wcale tak bardzo się nie różniły od siebie, jak bardzo Veir nie chciałaby, żeby było inaczej!
~ Żegnaj, Błąd. – Pokiwała mu głową, uśmiechając się szczerze. A potem spojrzała na Varnila, był w dobrych rękach! Choćby Błąd musiał go komuś wciskać i dopłacać. "Panie jakie pchły? To pożyteczne szkodniki, utwardzają skórę, dbają o zdrową wymianę krwi, uodparniają organizm na przyszłe boleriozy!". A potem Veir już poszła, miała niewiele czasu na pożegnanie się z rodziną. Co jej zostało na liście? Pogawędki z bliskimi, budowa kapliczki i być może nekromancja, bo trzeba zużyć to przywołanie ducha z loterii.


Błąd odprowadził ją spojrzeniem, a potem przyjrzał się Varnilowi.
Chodźmy znaleźć ci dom, mały wszarzu – mruknął i przeteleportował się, szukać godnego opiekuna dla rosomaka.